Wolfenstein: Youngblood – nie taki Wilk straszny…

Przyznaje się bez bicia – lubię serię Wolfenstein, a w szczególności te nowe części, od The New Order do The New Colossus. I tak, byłem mocno nahajpowany na nową część. Ale kurde, to co Machine Games zrobiło z najnowszą częścią przygód pana Blazkowicza…

Fabuła 
Akcja gry dzieje się kilka lat po wydarzeniach z The New Colossus. Jest rok 1980. Po wyzwoleniu Ameryki B.J. Blazkowicz znika gdzieś we Francji (wygląda na szarganego depresją, nie wiem czy to spowodowane zabiciem tylu dobrych żołnierzy Rzeszy?)
W poszukiwaniu Billego wyruszają jego córki – Sophie i Jessie, za którymi “sterami” zasiadamy. Na miejscu bliźniaczki, przy pomocy francuskiego ruchu oporu, szukają ojca, no a przy okazji zabijają tabuny nazistów, bo chyba to mają we krwi (swoją drogą, bardzo podobało mi się pierwsze zabójstwo dziewczyn – w sensie ich reakcja).
Co prawda, w Youngblood fabuła jest zepchnięta na drugi tor – w grze są cutscenki w których poznajemy fabułę, ale sama gra głównie opiera się na misjach typu “idź tu i zrób to” (zaraz wytłumaczę o co mi chodzi). A jak już mówię o misjach.

Rozgrywka
Tak na prawdę to najbardziej mnie boli w tej grze. Twórcy odeszli od przedstawiania fabuły “prostolinijnie”, tym razem mamy hub, znajdujący się w paryskich katakumbach, z którego możemy wybrać cel naszej podróży. Co za tym idzie – fabułę możemy poznawać w różnej kolejności (może nie aż tak bardzo, bo w samych “misjach” jest mało fabuły poza “musimy zdobyć te tajne szyfry i w bazie je sprawdzimy”). Jednak, żeby pchnąć fabułę do przodu musimy zdobyć trzy wieże w trzech różnych dzielnicach (tak, trochę też mi to zalatuje Asasynem).

Tak jak wspomniałem, twórcy odeszli od normalnego pokazania fabuły na rzecz bardziej RPGowego podejścia – teraz zdobywamy poziomy postaci, przeciwnicy mają swoje poziomy (może w tym momencie jestem mało obiektywny, ale nigdy nie lubiłem tego typu zabiegów – czy to w Skyrim czy nowych Asasynach). Co idzie za poziomami – niektóre misje są “no-go” we wczesnych etapach gry – a szkoda (wygląda to jak próba na siłę wydłużenia gry).
Porozmawiajmy chwilę o nagrodach za zdobywanie poziomów – punkty za które możemy odblokowywać nowe zdolności. W tym nie ma nic złego, zawsze odczucie progresu jest fajne, ale tu, w niektórych miejscach, jeśli nie odblokujemy danej zdolności, musimy wrócić później, z odpowiednią zdolnością.
W grze też znajdziemy skiny – tak, w Wolfie są skiny. A co lepsze – możemy je kupić przy pomocy mikrotransakcji. Oczywiście, możemy kupić je też za “in-game currency”, ale po pierwsze – za te same pieniądze ulepszamy bronie, ale skiny postaci dają też specjalne zdolności, na przykład natychmiastowe uleczenie.
Na starcie gry wybieramy którą siostrą chcemy utylizować Niemców (nie, niczym się one nie różnią – poza wyglądem). Ten zabieg daje nam jedną rzecz – gra może być w pełni ogrywana w Co-Opie. Ale za tym idą też duże minusy. Jeśli ktoś nie ma znajomych, jak ja, musi grać sam, druga siostra jest wtedy botem. Ale i tu Machine Games musiało coś spieprzyć – jeśli gramy w trybie singleplayer – powodzenia w sprawdzaniu zadań czy ulepszaniu postaci w trakcie walki (a czasem nawet poza nią). Gra po prostu nie zatrzymuje się jeśli wejdziemy do menu, także cały czas możemy dostać kulkę. Albo dwie. Albo 100 od Supersoldata.

Grafika i inne technikalia
Tu, jak w poprzednich częściach, nie mam za bardzo się do czego przyczepić. Oprawa audio-wizualna jest naprawdę na wysokim poziomie. Co prawda, widać że jest to cały czas to samo rozwiązanie, ale jeśli działa, i to dobrze, czemu to zmieniać (nie to co w niektórych grach, patrzę na ciebie TES).
Gra czerpie garściami z lat .80, pełno tu neonów, syntezatorów, różu i innych jaskrawych kolorów. Jak w poprzednich częściach mieliśmy pełno utworów przestylizowanych na niemieckie (na przykład moje ulubione “House of the Rising Sun“) tak w tej mamy te i nowe utwory “przemixowane” na styl lat .80 – pełne syntezatorów i innych przesadzonych miksów.

Podsumowanie

Zawiodłem się. Bardzo czekałem na tę grę, że coś nowego, co jeszcze można opowiedzieć. Niestety, dziwne rozwiązania mechaniczne, takie jak brak pauzy czy dziwne “zerpegowanie” gry do mnie nie przemawiają. Nie mogę polecić tej gry. Chyba że ktoś chcę po prostu postrzelać do spadkobierców Adolfa, ale i tak moim zdaniem, nie jest to ten sam poziom “miodności” strzelania co w poprzednich częściach. Nie powiem żeby omijać ten tytuł szerokim łukiem, może bardziej żeby poczekać na jakąś promocję i samemu sprawdzić, może komuś podpasuje, może ja się nie znam (co jest bardzo możliwe)
P.S.
Tytuł recenzji miał być inny, jednak po gorących rozmowach i burzy mózgów zmieniliśmy go. Jednak w podsumowaniu chciałem wrzucić to, co miało być w tytule – doskonale oddaje to, co czuje do tej gry.