What We do in the Shadows – czy wampiry robią pranie?


FX we współpracy z Jemaine Clementem wypuściło 27 marca serial bazujący na filmie z 2014 roku. Czy fani produkcji mają się czego obawiać, czy też warto usiąść przed telewizorem i delektować się treścią? Postaram się rozwiązać wszystkie wątpliwości, odnoście wampirzego mockumentary.
Drogi czytelniku, spróbuj sobie wyobrazić produkcję telewizyjną, która opowiada o codziennym życiu mitycznych potworów, znanych z popkultury. Ów produkcja ma opowiadać o nieprzewidywalnych i codziennych zachowaniach tych poczwar. Rejestrowane przez kamery postacie miałyby stanowić część nieumarłej społeczności, czyhającą na nas na obrzeżach miast. Pomyślcie, Jak musi się czuć ludzki kamerzysta, przy którym wampiry rozmawiają o tym, czyja jest teraz kolej na sprzątnięcie zwłok i wytarcie podłogi w piwnicy pełnej krwi? Bardzo szalony koncept? Oto jest właśnie What we do in the shadows, w którym na te, jak i na inne pytania próbuje odpowiedzieć Jemaine Clement oraz Taika Waititi.

Scenarzyści, jak w przypadku wyżej wspomnianego filmu o bliźniaczym tytule, bardzo inteligentnie wykorzystują dobrze znane motywy z tradycyjnych wampirzych narracji. Mowa tu o wykorzystywaniu oraz dopieszczeniu motywów z „Wywiadu z wampirem”, klasycznego „DraculiBrama Stockera czy nawet sagi „Zmierzch”. Robią to w sposób nie oczywisty, lecz śmiały nie kryjąc się z tymi nawiązaniami. Serial bardzo umiejętnie przeplata wierzenia przesądy z elementami skrajnie satyrycznymi, tworząc coś w rodzaju krwistej, pomysłowej mieszanki. Forma mockumentary ułatwia zadanie twórcom i przedstawia elementy z pozoru śmiertelnie groźne (orgie czy też masowe ludobójstwo) w sposób trudny do powstrzymania śmiechu przed ekranem.

What we do in the shadows, koniec końców jest inne od swojego pierwowzoru sprzed 5 lat. Serial wprowadza widzów do zupełnie innego świata. Z nowozelandzkiego zagadkowego Wellington przenosimy się na nowojorskie przedmieścia, do Staten Island, w Nowym Jorku. Nieco odświeżenia dla tego konceptu dodaje nam Nadja. Wampirzyca ta nadaje historii wiele nowych barw, tym bardziej, że pozostaje w związku ze swoją niegdysiejszą ofiarą – Laszlo. Wśród wampirów jest też Nandor, czyli groźny średniowieczny wojownik. Po pierwszym odcinku, ciężko jednak o jednoznaczną ocenę czy produkcja jest warta uwagi, czy wykorzystuje jedynie skecze, które wprowadził oryginał. Na szczęście to złudzenie, które mija w trakcie następnych odcinków, podobnie jak film wykorzystujący motyw „You’re Dead” Normy Tanegi. Nie ulega wątpliwościom, że losy Nandora, Laszlo i Nadji są bardzo interesujące i ciekawe. A po odcinku pilotażowym możemy stwierdzić, że są dużo bardziej dojrzalsze niż ich losy ich pobratymców z Nowej Zelandii.

Serial również skupia się na w dużym stopniu na długowieczności wampirów. Protagoniści, mimo już niemłodego wieku, cały czas muszą się liczyć z konsekwencjami, jakie niosą ich czyny. Muszą mieć też na uwadze zdanie swojego “starszego” brata. Mowa tu o Baronie Afanasie, który ma wizję kontroli świata. Nic nie wydaje się teraz być bardziej groźne. Długowieczność ma też swoje problemy, choćby też przymus nadążania za ówczesną modą lub technologią. Jak można wywnioskować, bo pierwszych odcinkach, nie jest to łatwym zadaniem do zrealizowania.

Z naszą trójką nieumarłych, mieszka też jeszcze jedna postać. Colin Robinson jest to wampir energetyczny, o aparycji stereotypowego księgowego. Różni się on od naszej paczki wampirów. Colin zdobywa pokarm, jak to przystało na kujonowatego księgowego, poprzez zanudzanie swoich ofiar na śmieć rozmowami. Jeśli myślicie, że postacie nie były przerysowane, to Robinson dołącza do ich kompanii.

Przez zastosowaną w oryginale formę mockumentu, wydaje mi się, że nie należy się obawiać o jakość tej produkcji. W przeciwieństwie do większości innych serialowych sequeli filmów, tutaj przenosiny na mały ekran wydawały się rzeczywiście racjonalne i scenarzyści nie będą mieli najmniejszego problemu, by opowiedzieć kolejne prześmiewcze historie z życia krwiopijców ze Staten Island w drugim sezonie.