Silent Hill 2, czyli gry kultowe. Część IV.

Silent Hill 2, gra legenda, choć koszmarnie, moim zdaniem, pomijana i lekko obecnie zapomniana. Przynajmniej w ostatnich latach. Nie dość, że to dosyć smutne, to na dokładkę strasznie nie fair. Bo rzecz to nie tylko kultowa, ale też legendarna, która u szczytu popularności dyktowała warunki horroru. I to całościowo jako seria. Bezapelacyjnie. Plus jest to jedna z raptem kilku serii gier komputerowych, która miała całkiem udaną adaptację filmową, a nawet dwie, bo sequel też jest niczego sobie. Nie bez powodu wybrałem też część drugą, a nie wybitną jedynkę i trójkę. Bo to najbardziej niedoceniona gra z serii. Według mnie niesłusznie, bo najlepsza.

Bez owijania w bawełnę, niektórzy uważają, że Silent Hill 2 jest grą słabszą od poprzedniczki i następczyni, ja osobiście stoję na całkowicie drugim biegunie i swoich racji zamierzam dowieść. Oryginalna trylogia Cichego Wzgórza to wzór survival horroru i straszenia samego w sobie, z tej trójki jednak to dwójeczka wybija się ponad resztę. Często się zarzuca tej odsłonie, że nie jest tak straszna i metodyczna jak jej poprzedniczka, co jest… idiotycznym i pozbawionym jakiegokolwiek sensu zarzutem. O ile przyznam, że pierwsza odsłona jest bardziej bezpośrednia w straszeniu i jej okultystyczna otoczka robi niesamowitą otoczkę, to jednak SH2 pokazało jak straszyć z pomocą minimum środków. I robić to doskonale. Przejdźmy jednak do rzeczy i wyjaśnień. Silent Hill 2 nie jest czystym horrorem, to mroczna psychodrama o ludzkim cierpieniu. Podróż do najczarniejszych otchłani swojej duszy. Rzecz o tym, że to co najgorsze siedzi w nas, a nie innych.

Ale przede wszystkim to przejmujący psychologiczny dramat o radzeniu sobie ze stratą. I to jeden z najbardziej ponurych w historii elektronicznej rozrywki. O ile opisywany tytuł można określać mianem rozrywki. Niewiele jest gier, których ładunek emocjonalny można postawić na równi z Silent Hill 2. Z najnowszych przykładów można wspomnieć wspaniałe The Last of Us Part II. To ta sama kategoria wagowa, a kto nie miał przyjemności, to może się przygotować. Druga odsłona Cichych Wzgórz to gra niezwykła, przerażająca i wstrząsająca po szpik kości. A przy tym wciąż pozostaje u źródła mrocznym horrorem. To też jeden z przykładów gry, których dziś by już nie zrobiono. A przynajmniej nie w taki sposób. Po niemalże 20 latach od premiery wciąż robi tak samo piorunujące wrażenie.

Wielu fanów pierwszej części oczekiwało kontynuacji historii Harry’ego Mansona

Jednakże twórcy postanowili inaczej. James Sunderland otrzymuje od ukochanej żony Mary list z prośbą o spotkaniu w specjalnym miejscu w miasteczku Silent Hill. Wszystko z pozoru jest w porządku, z wyjątkiem małego szczegółu. Mary od 3 lat… nie żyje. Tym razem autorzy sięgnęli bo bardziej wymagający typ horroru, psychologiczny. Tytułowe miasto jest nie tylko źródłem strachu, ale też jego personifikacją. Zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz skołatanej głowy głównego bohatera. A owa głowa i jej niepokoje są prawdziwym głównym bohaterem tej gry. Potężnie rozbudowany psychologiczny profil Jamesa, niezwykle pogmatwana fabuła w połączeniu z niesamowitym klimatem gry stworzyło jedyną w swoim rodzaju mieszankę. Grę na której będą się wzorować, grę niezwykle wysoko ocenianą i grę, o której jakimś cudem dziś już nikt nie pamięta.

Głównym czynnikiem odpowiadającym za to jest poziom trudności i zaangażowania wymaganego od gracza. To produkcja głęboko wchodząca w umysł i co bardziej delikatnym graczom może naprawdę pomieszać w głowach. Horror psychologiczny jest bodaj najtrudniejszym gatunkiem horroru. Polegają na nim najwięksi, zarówno w elektronicznej rozrywce, jak i kinematografii. Seria Silent Hill powstała niejako jako odpowiedź na serię Resident Evil, ale jeśli chodzi o formę straszenia i budowania klimatu, to zostawiła ją daleko w tyle. Choć nie mam zamiaru silić się na porównania tych gigantów. Oba mają swoje plusy i minusy, no i ten pierwszy jest niewspółmiernie bardziej dziś popularny niż Ciche Wzgórze.

Silent Hill 2 to jedna z najbardziej dojrzałych emocjonalnie gier w historii

I to jest fakt. Otóż wędrówka w głąb otulonego mgłą miasteczka jest tym razem jedynie fortelem drugoplanowym, bo naprawdę podróżujemy w głąb ludzkiego umysłu. Brudnego, zakażonego i bardziej obrzydliwego niż jakiekolwiek maszkary z gry. Tutaj spotykamy się z ponurą przeszłością, która na każdym kroku o sobie przypomina, a cena za błędy jest ogromna. Silent Hill 2 jest grą przede wszystkim o wewnętrznym cierpieniu. Oraz horrorze radzenia sobie z depresją i poczuciem winy. Nie zapominając oczywiście o rachunku sumienia i radzeniu sobie ze stratą. Ale czy aby stratą na pewno? Waga każdej decyzji ciąży nad graczem, a mimo liniowości, fabuła nie tylko satysfakcjonuje, ale serwuje też potężne katharsis emocjonalne.

Całość jest zbudowana na oszczędnych środkach, paskudnie mrocznej muzyce i wątpliwej jakości rozrywkach, jakie dostarcza miasteczko samo w sobie. Tam, gdzie należy straszyć, gra jak najbardziej wywiązuje się z zadania, tam gdzie ma być ciszej, takoż. Ale przede wszystkim przoduje, gdy przychodzi do straszenia tym, co z pozoru wcale straszne nie jest. Czyli tym, co siedzi w nas, choć pewnie większość z nas wolałaby, żeby nigdy na zewnątrz nie wyszło. Bo ta produkcja stawia w wątpliwość wszystko co na ekranie monitora widzimy. Od stabilności umysłowej głównego bohatera, po własną. I robi to jak żadna inna gra. Kiedykolwiek. Wprost mówiąc – fabuła to najszczersze złoto i najlepszy punkt rozgrywki.

To wciąż jednak rozwinięcie idei survival horroru

Co za tym idzie – to wciąż gra mocno logiczna w dużej mierze oparta na zagadkach i walkach. W skrócie, kto miał do czynienia z jednym silentem, może założyć z góry, że rozgrywka jest oparta na podobnym schemacie. Co wcale nie jest zarzutem, przede wszystkim dzięki zróżnicowaniu poszczególnych odsłon i samych zagadek. W tym także i w tej części, choć mocniej opartej na zagadkach czytanych, opartych na dopasowywaniu i odnalezieniu odpowiednich sentencji, to satysfakcjonuje miodnie. Ale tutaj muszę dodać, ze Silent Hill 2 nabiera prawdziwej wagi jedynie na maksymalnym poziomie trudności. Pozostałe są nie dość, że za łatwe, to momentami wręcz śmiesznie ułatwione. Potyczki z maszkarami mimo, że w serii zawsze były jakby na drugim planie wciąż sprawiają radochę. Szczególnie ich chore designy, wytwory psychopatycznych umysłów z Konami. Coś z czego cała franczyza jest najbardziej znana.

To tutaj zadebiutowały legendarne już zwyrodniałe seksowne pielęgniarki, czy jeszcze bardziej legendarny Abstract Daddy. Nie zapominając o niesamowicie denerwującym Lying Figure, tym kolesiu, co to wyskakiwał spod samochodów. No i oczywiście znak rozpoznawczy całej serii, przerażający Pyramide Head, gnój nieziemski, z którym unikałem każdego możliwego spotkania. Za każdym razem. Po dziś dzień jest najgorszą maszkarą ze wszystkich survival horrorów z jakimi się spotkałem. Ilość legendarnych i charakterystycznych maszkar stworzonych na potrzeby drugiej odsłony przekracza jakiekolwiek normy. I nieraz się zastanawiałem co u licha musi być w głowach ludzi, którzy produkują takie dzieła. Dziś się już nie zastanawiam, dorosłem. I nie wiem, czy to coś pozytywnego.

Silent Hill 2 to także najbardziej ekstremalna i kontrowersyjna z odsłon

Nie przesadzam, i tutaj, z jednej strony mamy bardziej refleksyjną niż straszną odsłonę serii, ale z drugiej strony koszmarnie niewygodną i dającą w kość wizją humanizmu. Nie dość, że eksploruje dla odmiany najbardziej mroczne zakamarki duszy, to nie boi się ich pokazywać na ekranie monitora. I robi to dosadnie, jedna z tych gier, które na PEGI 18 zapracowało nie tylko tematyką, ale też odstręczającymi wizualiami, a mówimy o kwadratowej grafice 3D z 2001 roku. Nie sądzę by dziś niektóre ujęcia przeszły w szeroko pojętej kulturze gamingowej, która też padła łupem niepotrzebnej, moim zdaniem, poprawności. Aż dziw bierze, że gry takie jak GTA czy Agony (nie mówię o jakości) wciąż mają rację bytu. Ale wracając do mrocznego wzgórza. Kontrowersje nie wzięły się znikąd, wręcz były jak najbardziej usprawiedliwione.

Twórcy gry wręcz ekstatycznie pokazali przemoc i inne obrzydliwe deformacje na ekranie, najczęściej na drugim planie z brutalnego zaskoczenia. Wystarczy wspomnieć głośną scenę gwałtu gdzie Pyramide Head gwałci innego potwora, czy inne dewiacje seksualne, czy wszelkiej maści dręczenie mentalne i fizyczne. Wszystko graficznie pokazane i jak najbardziej nieusprawiedliwione poza zrobieniem klimatu i wbicia gracza głębiej w depresyjny nastrój. Tak odważnie się dziś już gier nie robi, a szkoda. Nie zapominając już o głównej tematyce gry, czyli ludzkim umyśle i temu co w nim siedzi. To gra bezpardonowa w ukazywaniu dewiacji, przemocy i skorumpowania psychiki człowieka. I nie tylko. Co daje nam bardzo ponurą wizję obok której nie da się przejść obojętnie. Niezależnie od tego, czy fanami grywalnych horrorów jesteśmy, czy też nie. A to zasługuje na najwyższe uznanie.

Czy jednak Silent Hill 2 to wciąż Silent Hill?

I to jak najbardziej. Syreny wciąż wyją, podczas gdy miasto zamienia się w personifikację piekła na ziemi, artystyczna wizja wciąż pozostaje tak samo sugestywna jak w poprzedniej odsłonie, choć niektóre elementy przemiany otoczenia zostały jakby uproszczone, ale to też po części wina zmiany ustawienia kamery. Zwiększyła się za to ilość stworów na ulicach i w budynkach, podobnie jest z samym miastem, jest jakby bardziej… zachęcające do zwiedzania. Klimat za to stał się jeszcze bardziej nie do zniesienia ze względu na przestawienie akcentów straszenia w tej odsłonie. Od trójeczki wszystko wróci do normy i już tak pozostanie. Po dziś dzień. Trochę szkoda, ale dlatego też Silent Hill 2 jest tak wyjątkową w kolekcji, żadna inna odsłona nie zrobiła na mnie takiego wrażenia.

Graficznie gra się prezentuje… dobrze. Wiadomo, w 2001 roku to był techniczny szczyt i kosmos, z początku monotonna zarnista kamera nabiera kształtów w miarę odkrywania kolejnych lokacji, miasta, czy pomieszczeń. Sama gra światłocieni i oświetlenie to dzieło sztuki nawet wśród dzisiejszych gier, obok WYBITNEJ muzyki główny odpowiedzialny za obłędny, psychodeliczny klimat gry. No i właśnie muzyka, ciężkie, choć delikatne, ekstremalnie mroczne ambienty, w bardzo chłodnych barwach są ostoją zimnych dreszczy, które odczuwamy grając. To gra jedyna w swoim rodzaju, która po latach wpływa na gracza jeszcze bardziej niż kiedyś.

To diament wśród horrorów i jedna z tych gier, które są wielkie i potężne niezależnie od czasów w których w nie gramy. Pozostaje tylko liczyć, że nikt nie wpadnie na poroniony pomysł zrobienia remake. O ile w przypadku serii Resident Evil się to jako tako sprawdziło, to tutaj raczej tego nie widzę. Tego klimatu się da się ani podrobić, ani tym bardziej powtórzyć.

Podsumowując

To gra z wszechmiar wybitna. Pokazująca na co stać medium skierowane do poważnego i dorosłego gracza. To produkcja, która bierze tematykę śmiertelnie poważnie i nie pozostawia jeńców. Nie okazuje litości i nie jest wydmuszką. To także najwybitniejszy poważny horror w historii gatunku. Wielkie słowa, ale słowa autora, który w nie święcie wierzy. Ta gra ukształtowała mnie jako gracza, ale też wygórowała moje oczekiwania względem gatunku bezpowrotnie. I choć próbę czasu znosi mężnie i doskonale, to zauważalnie franczyza straciła na popularności w ostatniej dekadzie do poziomu niemalże zerowego zainteresowania. Pozostaje liczyć, że promocja na GOG to zmieni, a seria wróci na piedestał, tam, gdzie jej miejsce. Ocena może być tylko jedna. Maksymalna w każdej możliwej skali. To kamień milowy, wspaniała rozrywka i przejmująca historia.

Widzimy się niedługo, tymczasem zapraszam do przeczytania poprzedniej, trzeciej odsłony gier kultowych napisanej przez kolegę z redakcji. Dzięki!