Shadow – wielki powrót Zhanga Yimou

Zhang Yimou nie jest twoim typowym reżyserem za którym lecisz w ciemność. Nie. Twórca Shadow jest artystą przez wielkie A. Jest to reżyser znany z wielkich, epickich widowisk, głęboko zanurzonych w chińskiej historii i kulturze. Charakteryzują się one rozbudowaną, teatralną fabułą, przepięknymi zdjęciami i niezwykłą choreografią walk. I tym razem jest podobnie, a opisywany poniżej film jest wszystkim czego można się spodziewać po jego filmach. Jest epicki, przepiękny, z mocno pogmatwaną i trudną fabułą. Do tego jest, kolejny już raz, zanurzony w symbolice i klasycznym kinie wuxia.

Ale Zhang Yimou nie jest reżyserem nieznanym. To jeden z najbardziej utalentowanych i znanych chińskich reżyserów na świecie. Ma na koncie przynajmniej dwa arcydzieła i kilka filmów znakomitych. Najbardziej znaną produkcją jest oczywiście ta najlepsza – Hero. Tam też jego styl osiągnął apogeum w formie zarówno wizualnej jak i narracyjnej. Wielowątkowa historia o miłości, zdradzie, wojnie i zemście. Niczym Szekspir przeniesiony na chińskie realia. W swojej najnowszej produkcji Yimou powrócił do jakże ukochanej tematyki starożytnych chin. I zrobił to w wielkim stylu, mocno dyskusyjnym, ale wielkim. Na to mogą sobie pozwolić tylko najwięksi i najbardziej utalentowani, bo pretensjonalizm fabuły w rękach mniej doświadczonego twórcy mógłby kompletnie nie wypalić. Na szczęście tak się nie stało, chociaż należy pamiętać, że kino azjatyckie rządzi się trochę innymi prawami, a Shadow jest tego idealnym przykładem.

Shadow to symboliczna przypowieść.

Tak właśnie jest, to symboliczny poemat podany w formie wykwintnego, aczkolwiek długo oczekiwanego dania. Akcja filmu jest osadzona w starożytnych Chinach, w królestwie Pei, o które od lat walczą dwa zwaśnione rody. Tutaj wszystko jest jasno wyłożone, ying i yang jest głównym motorem napędowym intrygi, celowa kolorystyka i konsekwentne podanie całości w sposób mocno teatralny tylko podkreślają sposób w jaki powinniśmy odebrać ten film. To jest nie tylko dramat wojenny zmieszany z klasyczną szekspirowską intrygą, ale także przepiękny traktat o miłości i zdradzie. To kino bardzo artystyczne, które nie bierze jeńców. Albo kupujemy formę, albo się od niej mocno odbijemy. Nie ma tutaj wiele walk i akcji samej w sobie, to dzieło mocno mówione. Większość potyczek bowiem prowadzonych jest za kulisami, podczas spotkań na dworze. Zamiast oręża jest knucie, zamiast dosłownych walk mamy pojedynki intelektualne. Ale niech was to nie uśpi, bo dzieje się sporo.

Fabuła skupia się przede wszystkim na tytułowym cieniu. Jest to sobowtór ciężko rannego generała, który ukrywa w murach swojej rezydencji, używając swojego klona jak pionka na szachownicy. Jego celem jest odbicie ważnego miasta siłą wbrew poleceniom cesarza i zemsta na generale wrogiego klanu za zranienie go przed rokiem. Całość urasta do rangi dworskiej intrygi, która na celu będzie miała nie tylko odzyskanie ważnego celu, ale także zmianę słabego przywódcy. Najważniejszą postacią na tej szachownicy jest właśnie cień. Bo od niego zależy powodzenie całego planu. To kino wielkiej sztuki. Wymagające, powolne, ale przepiękne i bardzo przemyślane. Pod każdym względem, od użytych środków wizualnych aż po najmniejsze szczegóły garderoby i wystroju wnętrz.

Czerń nigdy nie jest całkowicie czarna, a biel biała.

Symbolika ying i yang jest bardzo klarowna, w każdym dobrze kryje się cząstka zła, a tam gdzie zło – zawsze jest też dobro. Nie ma jednego bez drugiego i Shadow wykorzystuje ten format jak tylko się da. Ale chociaż ta symbolika jest tutaj tą główną i nadaje rytm całej opowieści, to nic w tym filmie nie jest oczywiste. Pierwsza godzina filmu jest pokazem ekspresyjnego teatru podchodów, cieni, knucia i zakulisowych intryg przerywanych co jakiś czas przepięknymi treningami cienia. Całość skutecznie zmienia fronty, wspierane postaci i ich motywacje, nigdy nie wiemy kto jest tym dobrym. Nie wiemy, czy ktokolwiek jest tutaj postacią pozytywną. Szarość i mrok nie opuszczają nas nawet na krok. Fabularne zawijasy piętrzą się jeden na drugim bez żadnych ostrzeżeń. To wszystko sprawia, że film… jest bardzo ciężki w odbiorze.

Niestety nie jest to rzecz bez wad, to kino mocno mówione, gdzie niewiele się dzieje i tempo nie należy do najszybszych. Historia się rysuje bardzo powoli, a na jej efekty trzeba czekać naprawdę bardzo długo. Więc jeżeli jesteście fanami szybkiego i bezpretensjonalnego kina, to nie ten adres. Mocno teatralne i ekspresyjne aktorstwo ma tutaj na celu jak najbardziej dosłowne zobrazowanie sytuacji w jakiej znajdują się bohaterowie. Gestykulacja, ton głosu czy nawet sposób poruszania się są tutaj doskonale przemyślane. To jeden z filmów w których nic nie znalazło się przez przypadek.

Tym bardziej niezrozumiałe jest użycie efektów specjalnych tak marnej jakości. I to nie jest wina chińskiej kinematografii – tylko spójrzcie na Wandering Earth, wygląda nieziemsko. To jest główny problem filmu obok jego tempa, efekty specjalne. Na szczęście nie ma ich zbyt wiele i nie bolą aż tak mocno ze względu na sposób nakręcenia filmu. Jest dosyć mroczny z bardzo ciemną paletą barw.

To z pewnością najpiękniej wyglądający film ostatnich lat.

I dokładnie tak myślę, od czasów Blade Runner 2049 nie było filmu, który by przykładał tak wielką wagę do kolorystyki. W dodatku całość jest celowo oparta na wyblakłej i szarej kolorystyce. Każdy kadr można oprawić w ramkę i powiesić na ścianie. Zdjęcia przepięknie uzupełniają zjawiskową scenografię, która powoduje opad szczęki. Wspaniałe dekoracje, niezwykłe planowanie kolorystyki w czerni, bieli i szarości. Wszystko niesamowicie ze sobą współgra na ekranie. Obok zdjęć i scenografii ważne są kostiumy – dymione, szare i białe szaty są bezbłędne. Wspaniale dopełniają obraz i wyglądają nieziemsko w spowolnionych kadrach. Niczym gęsta farba mieszająca się z wodą. Można bezpiecznie stwierdzić, że to potężny przerost formy nad treścią. Przerost symboliki nad fabułą. Bliżej całości do antycznej tragedii niźli do typowego kina.

To także, mimo wszystko, dosyć nieoczywisty przedstawiciel kina wuxia. Choreografie walk są przepiękne i zwiewne, po raz kolejny Yimou stawia na siłę kobiet. Styl walki jest oparty na kobiecości i kobiecych ruchach. Reżyser jest znany z tego, że w jego filmach są zawsze silne i dumne kobiety. Co wcale nie jest tak oczywiste. Wykorzystanie kobiecości jako podstawy sztuki walki jest niezwykłe i niespotykane. Nadaje całości lekko baśniowy klimat, który wspaniale podkreśla wymowę całości. Wspomniałem powyżej o kinie wuxia nie bez powodu. Charakteryzuje je niezwykła, wręcz nieprawdopodobna choreografia scen walk, którym nieraz bliżej do tańca niż walki jako takiej. Skupia się na lirycznym aspekcie pojedynków, które wyglądają niczym poezja ludzkich ciał. Choć tym razem postawiono na większy realizm pojedynków i bitew niż w najbardziej znanych przedstawicielach gatunków. O ile można tak mówić o używaniu parasolek z ostrzy jako orężu, a wierzcie mi, niektóre pomysły naprawdę zwalają z nóg.

Shadow nie jest kinem idealnym, jest jednak kinem wielkim.

To nie jest pozbawione wad dzieło, ale wynagradza wszystkie niedociągnięcia niezwykłym klimatem. Pieczołowicie zaplanowany i nakręcony obraz przypomina antyczny teatr przemocy, bo przemoc wybucha tutaj nagle i jest brutalna. Shadow to dzieło wypełnione nieoczywistą symboliką, silnymi kobietami, wielowątkową fabułą i niezwykłym podejściem do szekspirowskich tragedii. Nakręcony w sposób pieczołowity, z każdym centymetrem i sekundą zaplanowaną w najmniejszym szczególe. Nie jest to film łatwy, wymaga sporej ilości skupienia z racji swojego nieśpiesznego tempa i ciężkiej rozbudowanej fabuły. To dzieło które należy czuć i odbierać zmysłami, dopiero wtedy się je doceni w całości. To sztuka dla sztuki i miłości do niej. Kino egzotyczne uciekające szufladkowaniu. Niepozbawione wad, ale uczciwe i piękne. Wielkie dzieło i wielki powrót Zhanga Yimou. Serdecznie polecam.