Rogue Company – recenzja nowej gry twórców Paladins

Modne były gry MOBA, potem kolej przyszła na Battle Royale, a teraz jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać na rynku taktyczne strzelanki. Hi-Rez, twórcy takich hitów jak Paladins i Smite, również postanowili do tego szaleństwa dołączyć. Czy stworzone przez nich Rogue Company jest dobre? Tego dowiecie się w tej recenzji.

Głównym wyróżnikiem Rogue Company na tle innych gier tego gatunku jest widok nie z pierwszej, a z trzeciej osoby. Sprawia to że całość bardziej przypomina PUBG’a bądź innego Battle Royala niż faktycznego konkurenta Counter-Strike’a. Po dłuższym czasie zmiana ta jednak jest niezauważalna, a umiejscowienie kamery zza pleców postaci pozwala docenić świetne animacje postaci. Przed każdym meczem obie drużyny wyskakują z odrzutowców na swoją połowę wyspy, by następnie bronić punkt kontrolny przed bombą, bądź za pomocą bomby go atakować. Jest to naprawdę świeże podejście do tego gatunku, ponieważ odpowiednie lądowanie może zapewnić nam przewagę taktyczną.

Gra poza elementami Battle Royale ma także w sobie coś z Hero Shooter’ów. Każda z postaci ma swoje umiejętności specjalne i inny arsenał. także ekonomia meczu i jego przebieg w dużej mierze zależy od podjętego przez nas wyboru. Bohaterowie mają własne odzywki, animacje oraz elementy kosmetyczne, przez co gra zyskuje jeszcze więcej własnej tożsamości. Każdy gracz może korzystać z liny, która zawieszona jest zazwyczaj między dwoma krańcami mapy. Dzięki temu możemy szybko przedostać się na stronę wroga, jednak musimy się wtedy liczyć z tym, że jesteśmy odsłonięci na ataki. Same mapy są wykonane starannie, nieźle zbalansowane, a każda z nich jest unikalna i po prostu cieszy oko.

Jeśli już jesteśmy przy temacie tego, co jak wygląda, to wspomnieć muszę nieco o warstwie technicznej. Jak na grę znajdującą się dopiero w zamkniętej becie jest znakomicie. Konsolowe wersje gry działają w sześćdziesięciu klatkach na sekundę przy wysokiej rozdzielczości a pecetowa wersja gry jest wyśmienicie zoptymalizowana i pójdzie nawet na starszych urządzeniach, przy zachowaniu zadowalających detali. Niskie wymagania gry nie oznaczają jednak że twórcy poszli na jakieś kompromisy. Całość nie ustępuje niczym innym strzelankom taktycznym, a nawet je wyprzedza, momentami przypominając gry AAA w pełnej cenie.

Rogue Company niezwykle wciąga głównie przez tempo rozgrywki i długość poszczególnych meczy. Każda runda trwa około dwie minuty, a gra się do siedmiu punktów. Mając nieco ponad kwadrans możemy wskoczyć do meczu, i być usatysfakcjonowani. Deweloperzy gry widocznie mają doświadczenie, ponieważ w rozgrywce nie ma żadnych przestojów. Ekrany ładowania są króciutkie, faza kupowania ekwipunku przed każdą rundą trwa 15 sekund, a gracz częściej znajduje się w samym środku akcji, niż czeka.

Monetyzacja tytułu jest bardzo uczciwa. Nie ma tutaj miejsca na żadne elementy dające przewagę, a jedyne co można zakupić za realną gotówkę to specjalna waluta. Tą wydamy na elementy kosmetyczne i nowych bohaterów. Obie te rzeczy można oczywiście zakupić za walutę podstawową, której przybywa nam po każdym meczu. Po kilku takich rozgrywkach mogłem już spokojnie kupić sobie nowego bohatera. W grze można zakupić także karnet bojowy, z elementami kosmetycznymi. Będzie to wydatek około czterdziestu złotych, więc jeśli ktoś chce wesprzeć twórców, może go zakupić. Wspierać ową produkcję można także poprzez kupienie pakietu fundatora, z dostępem do zamkniętej bety i bonusami kosmetycznymi. Ceny takiego pakietu zaczynają się od 42 złotych.

Zawartość na ten moment sprawia wrażenie zupełnie kompletnej. Mamy tutaj 8 map i 13 postaci, które będziemy podziwiać w dwóch trybach rozgrywki. Na pewno jest lepiej niż w Valorancie, który na start miał tylko cztery mapki. Rogue Company sprawia wrażenie gry kompletnej i dopracowanej. Już teraz, w fazie zamkniętej bety, całość wydaje się być obiecująca i z perspektywami. Ja na pewno będę wracał do tej gry co jakiś czas, żeby na kilka chwil sobie postrzelać.