Morderczy bój w… twoim ogródku

W 2014 roku EA wydało Plants vs Zombies: Garden Warfare – pocieszną strzelankę, będącą spinoffem do klasycznej gry Plants vs Zombies (która była prostym, acz wciągającym tytułem z gatunku tower defense). Widocznie pierwsze Garden Warfare osiągnęło spory sukces, ponieważ dwa lata później studio zdecydowało się na wypuszczenie kontynuacji. Ta była ładniejsza i bogatsza w mapy oraz klasy postaci. Niedługo, bo 18 października, seria powiększy się o kolejną grę, tym razem o innym podtytule. Plants vs Zombies: Battle for Neighborville również jest trzecioosobową strzelanką, ale w pewien sposób odcina się od poprzedniczek. Jest dostępna w ramach wczesnego dostępu za około 125 złotych bądź bezpłatnie dla subskrybentów usługi EA Access na konsolach, i Origin Access na pecetach.

Gra wygląda naprawdę cudownie. Jest to najwyższa półka graficzna, jeśli chodzi o gry przeznaczone dla najmłodszych i momentami wygląda jak filmy animowane puszczane w kinach. Gra doczekała się lekkiej zmiany stylistyki w porównaniu z poprzednimi grami z serii i teraz wszystko wygląda o wiele bardziej infantylnie. Nie jest to oczywiście nic złego – wielkie oczy, małe twarze i nieproporcjonalne kończyny pasują do tej serii, a same postacie nieco bardziej przypominają teraz prawdziwe figurki wykonane z plastiku. Według mnie – zmiany jak najbardziej na plus. Oczywiście przez tę zmianę modele każdej z postaci są teraz zrobione od nowa, ale szybko idzie się do tego przyzwyczaić. Podczas pierwszego uruchomienia gry będziemy musieli przejść coś na kształt samouczka, polegającego na zrobieniu ośmiu zadań szkoleniowych w dowolnej kolejności. Gdy już to zrobimy, dostaniemy skrzynię z kilkoma nagrodami, a potem będziemy już mieli pełną swobodę. Co mamy do wyboru? Kiedy to piszę, dostępnych jest 6 trybów wieloosobowych i 2 otwarte duże lokacje do zwiedzania, wypełnione atrakcjami.

Pierwszym trybem wieloosobowym, w jaki zagrałem, była klasyczna bitwa drużynowa. Tutaj nikt nie wymyśla koła na nowo, więc wykorzystałem to jako okazję do sprawdzenia jak prezentują się mapy oraz nowe klasy postaci. Same lokacje są teraz o wiele większe, a to z tego powodu, że każdy bohater otrzymał teraz możliwość sprintu (wcześniej umiejętność tą posiadał tylko Groszkostrzelec). Środowiska w jakich toczy się bój, są teraz bardziej otwarte i przestrzenne i zmiana ta dotyczy każdego trybu gry. Poza tym utrzymują one poziom poprzednich części. Jest kolorowo i zróżnicowanie.

Są również i inne tryby gry, znane z poprzednich części – gnomobomba, bitwa o kule, operacje ogrodowe/cmentarne, zajmowanie terenu (które jest największym z wszystkich dostępnych trybów) i polegająca na przejmowaniu punktów kontrolnych dominacja. Nie ma żadnego nowego trybu, którego nie byłoby wcześniej. Mam nadzieję, że to się zmieni, ale i tak jest dobrze. Każdy z tych trybów jest w miarę zróżnicowany, ma świetne mapy, i trwa odpowiednio długo – na tyle, że po każdym meczu chce się tylko więcej. A co z roślinkami i zombiakami, którymi przyjdzie nam grać?

Nowych bohaterów jest sześciu, po trzech na każdą drużynę. Zacznę najpierw od roślin. Pierwszą sadzonką, którą będziemy spopielać innych wrogów, jest Smok. I tak, to jest nazwa tej rośliny. Posiada on zdolność ziania ogniem, a do tego trzy ładowalne zdolności specjalne, pozwalające mu na wystrzelenie potężnej niebieskiej kuli ognia, utworzenia ogniowej ściany czy też po prostu możemy wzbić się w powietrze i uderzyć z impetem we wrogie trupy. Całkiem fajna postać, jeśli lubimy grać na bliskich dystansach. Kolejną nową roślinką, którą przyjdzie nam grać jest Żołądź. W dużym skrócie jest to odpowiednik Impa, który u zombiaków jest od poprzedniej części gry. Grając Żołędziem, poza standardowym ostrzeliwaniem wrogów, możemy wystrzelić detonowalną pułapkę, zrobić szybki wślizg przed siebie oraz zamienić się w Dąb, czyli w wielkiego pniaka z ogromną ilością punktów zdrowia, którego strzały i pułapki są o wiele mocniejsze. Poza tym możemy również wyrzucać z siebie wielkie kłody, które zadają duże obrażenia. Ostatnią nową postacią ze strony roślin jest Kung Fungus, czyli mały, ale niebezpieczny grzyb. Mimo małej ilości punktów życia jest to postać dość niezbalansowana i jest zdecydowanie mocniejszy od całej reszty. Jego ataki są bardzo mocne a jego atak specjalny polegający na szybkim ataku wręcz, potrafi pokonać nawet graczy z pełną ilością zdrowia. Grzybek ten jest zdolny także do bycia przez krótki moment prawie niewidocznym dla przeciwników oraz może ukrywać przed nimi swoich sojuszników.

W drużynie zombie również jest dobrze pod względem grywalnych towarzyszy. Zacznę może od postaci, którą grało mi się najlepiej. Elektrozombie dysponuje raniącymi wrogów piorunami, poza tym potrafi szybko przemieszczać się jako chmura iskier, tworzyć zadające ogromne obrażenia tornada oraz rzucać odpychającymi przeciwników granatami. Kolejną świeżynką wśród zombiaków jest Gwaizda Kina Akcji, czyli strzelający z kuszy wojownik, zdolny do wyrzucania z siebie ładunków wybuchowych w postaci rakiet i dynamitu oraz umiejący ostrzeliwać swoich wrogów z powietrza, siedząc na wielkiej rakiecie. Ostatnim nowym członkiem drużyny nieumarłych jest Kosmiczny Kadet, mogący grupować się z innymi, chronić się tarczą, oraz strzelać z lasera i torped. Jak widać, po stronie zombie również jest ciekawie.

Wszelakich zmian doczekały się także rośliny znane nam z poprzednich części, ale nie będę ich tu opisywał, bo recenzja natychmiast zamieniłaby się w changelog, a nie o to tutaj chodzi. W kwestii postaci zmieniła się także jedna, kluczowa rzecz. Zniknęły znane z poprzedniej części warianty postaci, dzięki którym mogliśmy sterować zmodyfikowanymi wersjami podstawowych bohaterów – przykładowo można było sterować ogniowym wariantem Groszkostrzelca, który zadawał obrażenia rozłożone w czasie. Teraz tego nie ma, a zamiast tego podstawowe postaci możemy ulepszać, dając im możliwość szybszej regeneracji zdrowia, szybsze odnawianie umiejętności i inne bonusy, a wszystkie te ulepszenia zdobywamy, grając, więc nie ma tutaj mowy o żadnym pay-to-win. Usunięcie wariantów niektórzy postrzegają skrajnie negatywnie, argumentując tym, że to one świadczyły o unikalności serii, inni zaś, w tym ja, cieszą się, że ich ulubione postacie dostały większe możliwości rozwoju.

Przyszedł czas na omówienie wspomnianych wcześniej otwartych lokacji. Obie są zbudowane według takiego samego schematu – ot, są to małe kampanie fabularne po ukończeniu których, możemy sobie pozwiedzać teren i pozbierać znajdźki. Oczywiście ich fabuła jest prosta i absurdalna, jak to bywa w grach dla najmłodszych. Na końcu każdej przyjdzie się nam zmierzyć z bossem – jako roślinka pokonamy zombie w wielkej kuli dyskotekowej, a jako zombiak przyjdzie nam się zmierzyć z wielkim drzewem. Znajdźki są tutaj porozmieszczane jako skrzynki i złote gnomy ogrodowe – te pierwsze automatycznie po znalezieniu gwarantują nam gotówkę i bonusy, te drugie zaś, jeśli zbierzemy ich odpowiednią ilość, pozwalają na otworzenie specjalnych skrzyń z unikalnymi przedmiotami kosmetycznymi. I przyznam, że pomysł na wprowadzenie do gry mniejszych kampanii fabularnych był strzałem w dziesiątkę. Z przyjemnością czyściłem mapę z kolejnych skrzynek, po drodze napotykając dodatkowe side-questy i wydłużając sobie zabawę. Obie te mapy można potraktować również jako dobrą okazję do zarobienia monet.

A po co nam monety? Możemy za nie kupić przedmioty kosmetyczne. Zrobimy to w specjalnym miejscu dostępnym w bazie wypadowej. Z każdej kupionej paczki wylatuje tylko jeden przedmiot kosmetyczny, a na każdą paczkę zarabia się około 15-30 minut. Jest to dość mało, więc miło by było, jakby Electronic Arts w przyszłości obniżyło ich cenę lub podniosło ilość monet zdobywanych podczas meczu.

Sama baza wypadowa, nazywana w grze Szałowym Parkiem, wypada dosyć ciekawie. Główną zmianą jest to, że teraz razem z nami po parku chodzą sobie inni losowo dobrani gracze, którzy w żaden sposób nie wpływają na rozgrywkę. Możemy się z nimi przywitać, pokazać sobie emotki, czy też podejrzeć, co kupują inni gracze. Jeśli ta opcja komuś przeszkadza, może ją oczywiście wyłączyć. Szałowy Park pozwala również na ćwiczenie swojej celności, dostosowywanie postaci oraz to z niego możemy wędrować do innych miejsc. Niestety, jako że jest to wczesny dostęp, nie wszystko jest możliwe do zwiedzenia, i trzeba będzie poczekać do premiery.

Już na chwilę obecną gra dorównuje swoim poprzednikom, a jeśli na premierę EA dostarczy sporo dobrych map i wariantów rozgrywki, możemy mieć do czynienia z jedną z najbardziej wesołych, kolorowych i dających frajdę strzelanek ostatnich miesięcy. Dodatkowo sama cena jest ustalona na bardzo rozsądnym poziomie. Jeśli więc macie ochotę na pogranie w jakąś odskocznię od wszystkich poważniejszych tytułów, Plants vs Zombies: Battle for Neighborville może być grą właśnie dla was.