Microsoft Flight Simulator 2020 – recenzja

O faktycznym lataniu pojęcia mam tyle, co przeciętny Kowalski. Czyli nic. Ale też po to takie gry powstają, żeby przybliżyć owe zagadnienia. A wyjątkowo, choć nie jestem fanem symulatorów (z wyjątkiem Symulatora Kozy oczywiście), to mamy tutaj do czynienia z jakościówką najwyższej próby. I ogromnym technologicznym przełomem. To, jak ta gra wygląda, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Microsoft Flight Simulator to jedna z najważniejszych produkcji trzeciej dekady XXI wieku. Nawet jeśli z takim typem gier nie mamy nic wspólnego.

Żeby nie było, podchodziłem zarówno do gry, jak i jej oceny na chłodno. Nigdy miłośnikiem symulatorów nie byłem i po tej grze takowym nie zostanę, ale to nie zmienia wartości opisywanej produkcji. Bo Microsoft Flight Simulator 2020 to produkcja niezwykle miła dla oka, ucha i ogólnej rozrywki. Choć dla dysku twardego już troszkę mniej, 150 GB robi swoje, nawet w dobie kilkuterabajtowych dyskow twardych.

Miałem niezwykłą przyjemność odpalić Microsoft Flight Simulator na najwyższych możliwych ustawieniach graficznych i wierzcie mi, jest co podziwiać. Tak wyglądającej gry jeszcze nie miałem okazji ogrywać. Choć mówiąc szczerze, ciężko tą produkcję nazywać grą, poziom realizmu jest niezwykły i możliwości jakie dostajemy siedząc za kokpitem samolotu są ogromne. To przykład doskonale odrobionej pracy domowej, niesamowitej pracy i współpracy grafików i twórców. I to się chwali, nawet bardziej niż się spodziewałem.

Microsoft Flight Simulator 2020 to cała planeta w skali 1:1 w rękach gracza.

I to dosłownie. Ta produkcja nie ma żadnych barier pod tym względem. W zasadzie od samego startu mamy dostęp do całej planety. Nie ma tutaj przesady, dostajemy ziemię w skali 1:1, bez uproszczeń, skrótów i innych zmian. Z tego, co się dowiedziałem w trakcie gry i czytania, było kilka gier, które próbowały takie coś osiągnąć, ale żadna nigdy nie zrobiła tego na taką skalę. Oczywiście jest kilka rzeczy, których twórcy nie mogli obejść, jak satelitarne zdjęcia Korei Północnej czy innych, ekstremalnie strzeżonych miejsc na ziemi. Ale nakładki graficzne sporo w tym miejscu wynagradzają.

Otóż będąc produkcją Microsoft autorzy mieli w zasadzie nieograniczony dostęp do map i GPS wprost z Bing. Co za tym się kryje, to wysokiej jakości zdjęcia satelitarne w zasadzie 99,9% ziemi. Nasza planeta została więc odtworzona w niespotykanych dotąd detalach, w skali jeden do jednego. Miasta, drogi, rzeki, państwa, lokacje, wszystko wygląda praktycznie tak samo. Odległość między Londynem a Tokio jest identyczna, taki jest też czas lotu. Zero uproszczeń, maksimum realizmu. Zbierałem szczękę z podłogi. W zasadzie mamy możliwość wylądowania samolotem przed własnym domem. O ile pozwalają nam na to możliwości geograficzne i umiejętności pilotażu. A to wcale nie jest takie proste, jak się wydaje.

Zawartość gry, a jej waga.

Ktoś się może zastanawiać, jakim cudem twórcy zmieścili całą planetę w “jedynych” 150 gigabajtach. Otóż nie zmieścili, stąd też przydatne jest niezłe połączenie internetowe. Bowiem cała ziemia i graficzne fleksy zajmują… dwa petabajty. Tak dobrze czytacie, 2000 terabajtów danych. Cała ta potężna zawartość znajduje się w chmurze Azure. Dzięki niej gra na bieżąco pobiera potrzebne dane do generacji obszarów nad którymi aktualnie przelatujemy czy też lądujemy. I to w najwyższej możliwej jakości. Na szczęście do idealnej gry wystarcza zwykłe szybkie kablowe połączenie internetowe. Takie, jakie mniej więcej ma większość Polaków w swoich domach.

Waga i detaliczne szczegóły powstały w oparciu o zdjęcia satelitarne i szeroko dostępne dane GPS. Więc wszystko jest takie samo, albo też raczej… prawie takie samo. Zasadniczą różnicą jest modelowanie budynków, krytych wygląd jest zmieniany na podstawie kolekcji różnych wzorów, najczęściej lokalnych. Sztuczna inteligencja nakłada je na wygląd domów, toteż wasz dom może i będzie stał, gdzie stoi, a jego rozmiary będą takie same, to prawdopodobnie go nie poznacie. Całkiem mądre posunięcie, zważywszy, że możemy wylądować w zasadzie tam, gdzie się nam podoba.

Pilotaż, a faktyczne latanie.

Tutaj bywa w zasadzie różnie. Mam nabitych 80 godzin, z czego 60 na maksymalnym poziomie realizmu. Sęk w tym, że ciężko tu mówić o poziomach trudności, bo na maksymalnym poziomie realizmu w zasadzie mamy lotnictwo w skali 1:1. I tutaj się pojawia mały problem. Jedyną formą nauki w grze jest szkoła pilotażu, co samo w sobie jest świetnym pomysłem. Gorzej, że możemy się uczyć na tylko jednej maszynie, malutkiej awionetce Cessina 152. O ile wszystkich zasad się nauczymy, to wierzcie mi, przesiadka z tego, na potężne Boeningi w zasadzie zabija rozgrywkę. Przydało by się więcej opcji nauki. Bo bez tego pozostaje zmniejszenie poziomu realizmu lub autopilot. O ile uda się nam wystartować, a to wcale takie łatwe nie jest

Jest parę rzeczy, na które nie zwróciłem uwagi, póki nie zwrócono mi na nie uwagi. Biorąc pod odwagę ultrarealizm rozgrywki, to model zniszczeń w zasadzie nie istnieje. Za to istnieje czarny ekran. Bum i nas nie ma. To pewnie służy pewnemu zmniejszeniu ilości danych potrzebnych do grania, ale też pozostawia lekki niedosyt. Nie wiem z czego to wynika, ale może się to zmienić, gdyż jest to gra rozwijana. Samo otoczenie, mimo wspaniałego realizmu również wygląda trochę jak cmentarz. W zasadzie życie nie istnieje. Ale to też symulator więc to jednak zrozumiałe. Microsoft Flight Simulator jak widać, nie jest bez wad, ale nie są to też wady, które mają wpływ na jakość samej rozrywki.

To stanowczo jedna z najlepszych pozycji w kolekcji Microsoft.

To doskonały przykład gry, w którą włożono mnóstwo wysiłku, czasu i pieniędzy. W trybie autopilota w zasadzie możemy robić milion zdjęć, bo widoki zapierają dech w piersiach. Jeśli chodzi o samą technikę i odwzorowanie, to z przeczytanych przeze mnie naukowych tekstów wynika, że oprogramowanie, układ przycisków, komputerów i wszystkich systemów jest dokładną kopią tych prawdziwych. Ich działanie również. Więc mamy połączenie przyjemnego z pożytecznym. To naprawdę świetna, czasem wymagająca jednak od przeciętnego gracza zbyt wiele gra.

Potężnym plusem jest też w zasadzie nieograniczona wolność. Możemy lecieć gdzie chcemy, w jakich warunkach atmosferycznych chcemy. I jakim samolotem z dostępnej puli chcemy. A ta zapewne będzie się zwiększać. Bo społeczność gry, jak i sklep Microsoft z pewnością będzie dostarczać nowego kontentu. A to świetnie, bo z przyjemnością będę do tej produkcji raz na jakiś czas powracać. Bo jest to świadoma jakościówka. I najlepszy symulator z jakim kiedykolwiek miałem do czynienia. I choć fanem tej rozrywki mnie nie uczyni, to fanem tej gry już jak najbardziej.

Ostatecznie to niesamowicie udana produkcja.

Mimo drobnych potknięć, to gra w zasadzie bez zgrzytów. Wygląda nieziemsko, ma świetny poziom realizmu samego latania, świetnie zabija czas i nieraz potrafi mocno wkurzyć. No i oczywiście odwzorowanie ziemi w skali jeden do jednego robi robotę. Muszę też dodać, że mimo kosmicznych wymagań sprzętowych dla rozgrywki w jakości w jakiej miałem przyjemność ogrywać tą grę, to można w nią zagrać również na relatywnie słabszym sprzęcie. A to spory plus, bo nie każdego stać na potwora z najnowszymi podzespołami. Świetne jest też polskie tłumaczenie. Bez niego bym pewnie siedział połowę czasu w slownikach sprawdzając co jest co, bo lotnicze nazewnictwo po angielsku jest koszmarem, sprawdziłem. I jak macie game pass, to nie musicie kupować, a to imponujące. Jak i sama gra.

Jest to gra dla każdego, niezależnie od poziomu zaawansowania. Choć niedzielnego gracza może znudzić i odrzucić. Bo latanie mimo, że sprawia frajdę, bywa też monotonne. Ale to i tak najlepszy symulator w jaki grałem w życiu. I jedyny, obok Symulatora Kozy, jaki mi się podobał. Nie żałuję czasu i polecam serdecznie. Dla takich zaskoczeń warto grać, bo bawiłem się bardziej niż doskonale. I jestem przekonany, że w zasadzie każdy, kto choć na chwilę usiądzie przy tym tytule również będzie bawić się doskonale. Must Play.

Microsoft Flight Simulator 2020 – 8/10