Isekai to rak. Co autor miał na myśli.

Kiedy pisałem topkę anime minionej właśnie popkulturowej dekady, spodziewałem się pewnych kontrowersji, ale z pewnością nie spodziewałem się obrony isekai. Isekai to rak, rak który toczy anime od środka. I to w ten najgorszy ze sposobów, bo nieraz wygląda fajnie…

Żeby jednak nie popadać w zwykły hejt trzeba się cofnąć ładnych kilkanaście lat w tył. Kiedy to gatunek ten zaczynał raczkować. Po pierwsze, czym jest samo isekai? To typ bajki, gdzie bohater jest wrzucony do innego świata niż ten, który zna. Więc, cholera, świetna podstawa na dobre anime. I tak też było. Rok 1995, Fushigi Yuugi, nic nie wskazywało na to, że moje zdanie zmieni się tak diametralnie. To troszkę starsze anime jest jednym z lepszych w gatunku po dzisiejszy dzień. Największą niespodzianką jest to, że to nie jest ani najlepsza seria w gatunku, ani nawet w topce. A jednak w miarę świeży gatunek zamiast świetnych serii, dostarcza albo gówniane fantasy, albo jeszcze gorsze gamerskie gówno. Skąd jednak aż tak negatywne zdanie, dlaczego isekai to rak? Przejdźmy dalej…

Fushigi Yuugi

Mam nadzieję, że wszyscy sobie zdajemy sprawę z tego, że Spirited Away to też isekai. To jest gatunkowo poza dyskusją, mało tego, spełnia praktycznie wszystkie założenia tegoż. No i to jeden z najwybitniejszych filmów animowanych XXI wieku. Choć są i tacy, co i to będą negować. To także jeden z ostatnich naprawdę dobrych tytułów w gatunku. Już, zaraz, zaraz, zostało mi powiedziane, że narzucam komuś swoje odgórnie ustalone zdanie. Jest zasadnicza różnica między formą obiektywną a subiektywną. Osobiście od dawna twierdzę, że obecnie nie ma czegoś takiego jak obiektywna opinia. To oksymoron, rzecz obecnie niewystępująca naturalnie.

Ale żeby zaspokoić wasze żądze, oto krótka lista seriali isekai, które lubię:

  • Now And Then, Here And There
  • Overlord
  • Drifters
  • The Vision of Escaflowne
  • .hack//Sign
  • Fushigi Yuugi

6 tytułów, z czego tylko dwa współczesne. Oczywistością jest, że maszkary typu The Rising of the Shield Hero, KonoSuba: God’s Blessing On This Wonderful World!, czy przede wszystkim para najgorszych serii, jakie powstały w minionej dekadzie, czyli Sword Art Online i Re:Zero są głównym powodem mojej szczerej nienawiści do isekai. Piecze? Bardzo dobrze! Ale jeśli myślicie, że to jedynie powstało w celu podpaleniu waszych tyłków, to się mylicie. Mam to gdzieś.

Ale do rzeczy… nie mam tutaj na celu atakowania, a przedstawienia prostych argumentów, że isekai to rak.

I nie ma na to prostych argumentów, bo sama wizja alternatywnej rzeczywistości i możliwości była wykorzystywana setki razy. Nieraz w świetnym stylu, poza wspomnianą już Krainą Bogów mamy przecież wyśmienite The Boy & The Beast. Nie zapominajmy również o serii Digimon, prawdopodobnie jeden z najsłynniejszych isekajów w historii całego gatunku. Jak widać, jest sporo świetnych rzeczy, które jednak nie tylko bledną, ale też kompletnie giną w zalewie gatunkowego gówna. Co z tego, że znajdę jeden fajny tytuł, skoro na każdy inny przypada 10 złych, a z tych 10 złych stanowczo najgorsze są właśnie isekaje. I to jest właśnie główny powód wrogości, która w ciągu lat urosła do niebotycznych rozmiarów. Podobnie zresztą, jak ten tekst. Ten tekst momentami przypomina formą chaotyczne produkcje, ale wyjątkowo, taki jest właśnie jego cel.

Sword Art Online

Jednak po obronie przychodzi pora na mięso, tak ciężkie, jak się tylko da. Na celowniku są wszystkie najświętsze i najbardziej popularne tytuły, jakie mogą mi przyjść do głowy. Przy pisaniu tego artykułu posługuje się niezawodnym profilem myanimelist, niezmiennie mi towarzyszącym od lat. W miarę możliwości staram się szukać rzeczy pozytywnych, zawsze, niezależnie od tytułu, który oglądam. Bo w przeciwieństwie do większości z was, ja kończę każde jedno anime jakie zacząłem. Tak zanim ktoś powie “po co oglądasz, skoro nie lubisz“. No właśnie między innymi po to, żeby móc się o tym swobodnie wypowiadać, z prostego dziennikarskiego obowiązku. Isekai to rak w końcu.

Najczęstsze problemy biorą się z braku oryginalnego pomysłu, wszystko jest w mniejszym lub większym stopniu opanowane przez powtarzalność…

I to dotyczy wszystkich gatunków, niestety najbardziej dotyka to właśnie isekai. Niemalże każdy z tytułów jest oparty na tej samej bazie fabularnej, czy to dotyka SAO, Konosuby czy wszystkich większych tytułów w zasadzie. Na tym tle wybija się właśnie SAO, które jest wybitnym przykładem jak spieprzyć niezły pomysł wyjściowy brakiem konsekwencji, dziurami fabularnymi i chyba najgorszym character developmentem jaki widział świat, nie było jeszcze tak żenująco napisanych głównych bohaterów, których relacja jest tak grubymi nićmi uszyta, że nie pozostaje nic, jak łapać się za głowę. Świat przedstawiony mimo znakomitej oprawy (soundtrack jest wybitny) jest tak nieangażujący, że z trudem można szukać w nim sensu.

That Time I Got Reincarnated as a Slime

Niezwykle częstym jest także brak jakiekolwiek logiki. Tutaj wybija się przede wszystkim popularne That Time I Got Reincarnated as a Slime, całkowicie pozbawione jakiejkolwiek sensownej fabuły. Pacing i ciąg przyczynowo-skutkowy nie istnieje. Całość oparta na tym samym wytartym schemacie, wciąż i wciąż małpowanym w kolejnych produkcjach. Tutaj znów technikalia są niezłe, jest potencjał, ale dziury, kretyński humor i powtarzalność odbierają szansę na jakikolwiek fun. Niezależnie od punktu widzenia negatywy za każdym razem biją po oczach.

Koniec końców największą bolączką jest zwyczajne złodziejstwo…

Klasyczna już seria .hack//Sign jest zasadniczo bazą, z której większość twórców kradnie najlepsze pomysły, przede wszystkim SAO. Podobnie z The Vision of Escaflowne i wymienionymi powyżej tytułami, jest kilka średniej jakości bajek, to oczywiste. No Game No Life dostarcza doskonałej rozrywki, do tego wygląda przepięknie. The Devil Is A Part-Timer! świetnie wykorzystuje odwrócenie tematyki i nieźle gra na tym gagami. No i koniec końców Saga Of Tanya The Evil to też isekai. Nie lubię, ale naprawdę nieźle wykorzystuje wojenno-sarkastyczny motyw, ale stara się być na siłę cringe.

Isekai to rak głównie dlatego, że traktuje widzów jak idiotów, dostarczając wątpliwej jakości rozrywkę, plując na jakąkolwiek logikę. Nie szanuje czasu odbiorców i idzie na łatwiznę częściej niż w jakimkolwiek innym gatunku. Pod płaszczykiem kiepskiego humoru serwuje obrzydliwy fanserwis (znów SAO, tak w to też trzeba umieć), tragiczny pacing i zazwyczaj galerię oklepanych schematyczne bohaterów. Idiotów zazwyczaj.

Skoro twórcy gardzą mną i moim czasem – ja będę gardził nimi. Najbardziej rakotwórczy z gatunków, który jest jednocześnie jednym z najpopularniejszych na świecie. Ludzie lubią łatwiznę, brak angażu i hołdowanie najniższym instynktom. I to nic złego, ale nie w onkologicznej ilości. Dostało się tutaj każdemu po równo. Bez wyjątków. Takie coś trzeba tępić u podstaw i szanować swój gust. Jeśli my tego nie zmienimy, to nikt tego za nas nie zrobi.

Isekai to rak. Oto co miałem na myśli.