Horror gotycki, czyli Nawiedzony Dom na Wzgórzu na nowo.

Netflix to typ serwisu, któremu nigdy nie ufam zbyt mocno. Wiele seriali, filmów było znacznie poniżej jakichkolwiek oczekiwań, a mimo to wciąż miesiąc w miesiąc pakuje pieniądze i oglądam co mi Netflix przyniesie. Well, tym razem przyniósł ze sobą kilka skarbów w bardzo krótkim czasie. O jednym z nich traktować będzie niniejsza recenzja, bo zwiastuny rozpalały mnie do totalnej czerwoności. Ale zanim jakiekolwiek wyszły – moja dusza krwawiła. Ot gigant wziął kolejną sztukę klasycznej literatury i postanowił przerobić ją na serial. A ja bywam niemiłosiernie krytyczny, szczególnie jeżeli chodzi o horror.

Pierwowzór autorstwa Shirley Jackson kocham niemalże nabożnie od kiedy przeczytałem go prawię dekadę temu. A ten serial miał być, zdaje się, już trzecią próbą ekranizacji po filmie z 1963 (horror niezły, ale wciąż sporo mam mu do zarzucenia) i 1999 (szrot taki, że aż szkoda strzępić ryja). Nie byłem dobrze nastawiony. Wtedy jednak nadszedł zwiastun, a ja się uspokoiłem, lekkie traktowanie powieści zazwyczaj pozwala na więcej oddechu. Może uratować od katastrofalnych skutków podążania za pierwowzorem. Szczególnie w stopniu 1 do 1, a potem nagłej zmiany na lekkie jego traktowanie. Przypomnijcie sobie początek Gry o Tron i porównajcie z tym szajsem jakim się stał po zostawieniu książek w tyle i dość swobodnych zmianach w kluczowych dla książek momentów (a przecież pierwszy sezon jest wybitny).

Czasem horror jest dosłowny i oczywisty…

Historia jest znana, prosta i kochana. Jest sobie dom, a w nim rodzina. Dom jest opętany, rodzina cierpi. Matka (Carla Gugino) popełnia samobójstwo, rodzina zostaje rozbita, widzimy się dwadzieścia lat później. Steven Crain (Michiel Huisman) zrobił karierę pisarza. Po opisaniu tego co się wydarzyło w tamtym domu napisał kilka innych książek o nawiedzonych miejscach. Shirley Crain prowadzi dom pogrzebowy, ma męża i dziecko. Mieszka u niej siostra Theo (Kate Siegel), która jest dziecięcym psychologiem/psychiatrą.

Są też bliźniacy Luke (Oliver Jackson-Cohen) przebywający właśnie na kolejnym antynarkotykowym odwyku i Nell (Victoria Pedretti). Ona natomiast zmaga się z demonami (i duchami) przeszłości, zmaga się i przegrywa. W końcu jest też opuszczony przez wszystkich ojciec, mieszkający samotnie Hugh (Timothy Hutton). Po tragicznej uracie żony odciął się od wszystkich. Seria telefonów Nell przed feralną nocą sprawia, że wszyscy członkowie rodziny w końcu się zjadą. Po to, by odkopać parę trupów z szaf i poobrzucać się najgorszymi wyzwiskami. Dom 2, rodzina 0.

Dualizm historii to najlepsze, na co twórcy mogli pójść.

I na szczęście poszli. Cała akcja serialu rozłożona jest między dwa plany czasowe, ten z okresu gdy Crainowie mieszkali w domu i ten współczesny. Wszystko jest szatkowane, nieliniowe, wiele sytuacji się powtarza w zależności od punktu widzenia danego członka rodziny. Znakomitym zabiegiem było poświęcenie poszczególnych odcinków każdemu z członków rodziny, tych nieżyjących też. Poznajemy historię przybycia do domu, jego wpływu na jego mieszkańców, ich losy po jego opuszczeniu i ich życie. Ponadto wprowadzają nas doskonale w finałowe trzy odcinki. Jest horror, oj jest, ale subtelny i mrożący krew w żyłach, czasem zaskakujący (5 odcinek!!!), czasem przytłaczająco smutny (w zasadzie cały czas), mroczny i pozbawiający wszelkiej nadziei. Nie brakuje też też kilku znakomitych jumpscare’ów, ale w żadnym wypadku nie są one szablonowe, tylko podkręcają klimat i horror do maksimum.

No i jest sporo dramatu rodzinnego, tego pierwszorzędnego, skupiającego się na psychice, genezie dysfunkcji i rozpadu. Postaci są znakomicie zarysowane, pełne życia i takie normalne. I dlatego tak łatwo się z nimi utożsamiać. Skłamałbym, gdybym powiedział, że ten serial nie wzrusza, bo wzrusza. I robi to nienachalnie operując najprostrzym środkiem, miłością. Tyle rarytasów w 10 godzinach. Tyle mnogości i zróżnicowania wcale mogło nie wypalić. Ale wszystko jest ułożone w piękną, gotycką mozaikę w której czele stał i stać będzie tytułowy Dom. Bo dom ten jest jeszcze jednym, ósmym bohaterem całej historii. Dom, który ma mocne deski i postoi jeszcze przynajmniej sto lat. Tak żywy jak każdy z nas. Przerażający i jednocześnie przyciągający. Pożerający wszystkich, którzy w nim mieszkają.

Horror gotycki wymaga dużego poświęcenia i zwrócenia uwagi na każdy szczegół.

Dlatego nic jednak by nie wyszło, gdyby nie świetnie poprowadzony scenariusz i genialnie dobrana obsada. Wielkie ukłony w stronę Mike Flanagana, twórcy i reżysera całego serialu i scenarzystki Meredith Averill (Przeznaczeni czy American Gothic). I powiem szczerze, po Falanaganie nie można było oczekiwać niczego dobrego (jest reżyserem takiego gówna jak Absentia, Oculus czy druga część Ouija), a jednak głęboko i bardzo pozytywnie mnie tutaj zaskoczył. Popisał się świetną znajomością tematyki i doskonałym wyczuciem bawiąc się, bądź co bądź, w rekwizytorni kina grozy.

Kocham takie sosy, gdy twórcy potrafią ze znajomych smaków wydobyć jeszcze coś, czego nie próbowałem. Kiedy potrafią sprawić, że znana potrawa smakuje jeszcze lepiej niż zwykle. I tak się właśnie tym razem stało. Niezwykle sugestywne zdjęcia i podkreślająca całosć, praktycznie niewidoczna muzyka budują, swoim tempem, niesamowicie wciągający i niepokojący klimat. Dawno nie miałem okazji oglądać tak plastycznego momentami serialu. Ostatecznym punktem składowym na sukces jest oczywiście fenomenalna obsada, a czego tutaj nie mamy. Mamy szarżowanie na granicy dobrego smaku, mamy szaleństwo, wyciszone, ale także rozedrgane do granic możliwości aktorstwo. Obie obsady spisują się na medal nie ustępując sobie nazwajem. Rysują portrety rodziny najszczęśliwszej na świecie, a potem złamanej i rozbitej w drobny mak.

Ale czy jest to horror na miarę naszych czasów?

Właśnie. Zbliżając się po mału do epilogu, muszę nadmienić, że fabuła i historia idzie swoim tempem. Nieśpiesznie, powoli odkrywa swoje karty i klaruje poplątane wątki z czasem. Finał domyka wszystko, co zostało niedpowiedziane. Otwiera też kilka nowych wątków, które mogą zostać użyte w przyszłości, choć wcale nie musi. Bo choć tych 10 odcinków składa się na zamkniętą całość to nic nie broni twórcom sięgnąć w głąb domu. Znaleźć jeszcze kilka historii, czy to z przeszłości, czy to w przyszłości. I jeżeli całość ma utrzymać klimat i poziom, to jestem jak najbardziej na tak.

Więc żeby nie było, że ten tekst jest jednym wielkim peanem i laurką na cześć tego serialu. Poczytałem sobie o tym, co się ludziom w nim nie podobało. I mogę zrozumieć, że rozpisanie historii na aż 10 odcinków dla niektórych może się okazać barierą bardzo trudną do przeskoczenia. Faktycznie, momentami można się przyczepić do zbytniego spowolnienia i tak już niezbyt szybkiego tempa, ale to zależy od osobitych preferencji. Za mało horroru jest kolejnym zarzutem. I tego kompletnie nie rozumiem. Jest tam horroru od groma, ale tego podskórnego, bardziej prawdziwego niż jakiekolwiek duchy, a i tego autentycznego filmowego też nie brakuje.

Produkcja igra z naszymi oczekiwaniami bez przerwy.

Więc tutaj trzeba przybrać punkt widzenia obranej konwencji przez twórców. To koniec końców dramat rodzinny z mocnym sznytem psychologicznego horroru, a te wcale nie straszą w warstwie dosłownej przecież. Tak też to działa i tutaj. Nie wszystko musi być przecież wyłożone na tacy. Paradoksalnie najlepiej jest, gdy to co ukryte takim pozostaje. No i chyba największy zarzut jaki pojawia się praktycznie na każdym forum, że zakończenie zbyt familijne. Familijne? Gorzki posmak tej familii więc pozostaje. 

SPOJLER ALERT!
Zakończenie nie jest ani dobre, ani złe, bo dom i tak wygrywa. Pozostałości rodziny się scalają i owszem, ale jakim kosztem. Jest tylko nowy początek, który może być dobry, ale wcale nie musi. I koniec końców najważniejsza rzecz – i tak wszyscy w końcu spotkają się w czerwonym pokoju by spędzić resztę wieczności ze sobą. KONIEC SPOJLERA!

A więc epilog…

Podsumowując ten długi wywód stwierdzam co następuje. Dawno nie oglądałem czegoś tak pięknego, uczciwego i klarownie pełnego miłosci do horroru jak The Haunting of Hill House. Tytuł oryginalny znacznie bardziej oddaje jego znaczenie niż polski, bo to w końcu Opętany dom Hillów. Zasiadając przed ekrany waszych telewizorów, smartfonów, czy komputerów przygotujcie się na jazdę po krawędzi. Taką, która wbija się powoli i robi więcej i bardziej szkodliwych szkód niż zazwyczaj. Bo ból zadawany powoli i systematycznie jest o wiele bardziej bolesny niż ten dosłowny, nieprawdaż?

No i przede wszystkim należy pamiętać, że nie jest to typowy straszak, gdzie wszystko dzieje się szybko i bez powodu. Zalecam więc oglądać bardzo uważnie. Bo wszystko jest ze sobą ściśle powiązane. Od czasów pierwszych dwóch sezonów American Horror Story (wszystko potem to jawne plucie widzom w twarz w imię pustej popkultury) nie było w telewizji bardziej wciągającego horroru. Zasięgnijcie po tej serial, jeżeli mianujecie się miłośnikami horroru, miłośnikami rzeczy wymagającymi i zwyczajnie kinomanami. Bo dobrych rzeczy nie jest zbyt wiele, ale rzeczy wybitnych w swojej formie jest jeszcze mniej. A to jest z całą pewnością rzecz wybitna.

Zapraszam do przeczytania wersji angielskiej!

Amen.