Hitman: Krwawa Forsa, czyli gry kultowe. Część VI.

W swoim poprzednim tekście zabrałem się za recenzję najnowszej i ostatniej odsłony serii Hitman, która też jest moją ulubioną. Postanowiłem się jednak przyjrzeć tej odsłonie, która pozostawała moją ukochaną przez niemalże 15 lat. Hitman: Krwawa Forsa, wydana w Polsce w 2006 roku to gra niezwykła, innowacyjna i piekielnie wręcz inteligentna. To także jeden z kamieni milowych gatunku i definicja całej serii na lata. To także jasno wyznaczony kierunek rozwoju całej franczyzy z którego nigdy chłopaki w IO Interactive nie zrezygnowali. Krwawa Forsa pozostaje po dziś dzień także najlepiej ocenianą odsłoną serii, albo raczej też pozostawała – do czasów najnowszej odsłony.

Nie ma tekstu o tej grze bez wspomnienia o klimatycznym menu z lekko przerobionym “Ave Maria” i naszym bohaterem w trumnie. Całość natomiast zaczyna się intensywnie, szybko i gładko wprowadza nas w pierwszą misję, która jest defacto jedynie tutorialem. Ot trzeba nam zabić właściciela lunaparku, w którym zginął syn naszego zleceniodawcy. Tytuł Hitman: Krwawa Forsa mówi wszystko, co powinniśmy wiedzieć. Bo pieniądze są tutaj zawsze splamione krwią i przemocą. A same dolary jakie zarabiamy możemy przeznaczać na coraz to lepsze zabawki, kupowanie informacji, czy wszelkiej maści usprawnień. Jest też brutalnie, brutalniej niż wcześniej. IO Interactive w czwartej odsłonie swojej perły w koronie poszło na całość. Całkowicie usprawniając płynność rozgrywki, kreując całkowicie nowy świat i bardziej niż kiedykolwiek stawiając na fabułę. A ta jest bez wątpienia najlepiej napisaną w serii.

Podobnie jak w poprzedniej odsłonie Hitman: Kontrakty, zadania i misje są wspomnieniami, ale nie Agenta 47, a tropiącego go agenta konkurencyjnej agencji. I na tym konflikcie dwóch organizacji opiera się cała konstrukcja fabularna. To kawał świetnie napisanego thrillera z dosyć poważną tematyką, a nawet refleksjami na temat klonowania, czy jego pełnej legalizacji. Nie ucieka też od przypominania, że Agent 47 nie jest żadnym bohaterem, a zimnokrwistym, piekielnie inteligentnym mordercą na zlecenie. Który zabija również przypadkowe cele, a nawet cywilów. W Krwawej Forsie jest scena, gdzie przypadkowy gość dostarcza mu notkę do pokoju hotelowego, a 47 go zabija. Moralność czy inne tego typu dysputy nie zaprzątają głowy naszemu (anty)bohaterowi. Jest maszyną do zabijania.

Hitman: Krwawa Forsa to jednak niesamowicie skonstruowana i zaplanowana gra.

Każda z 13 (!) misji jest doskonale zaplanowana, zróżnicowana i daje mnóstwo frajdy. Do tego posiada wysoki współczynnik powrotu do poszczególnych lokacji i wypróbowania innych kombinacji żeby osiągnąć swój cel. I o to właśnie chodzi, większość z zadań opiera się na pozbyciu się celu i sprawnej ucieczce. Ale ilość możliwości jakie dostajemy jest powalająca i sprawia, że chcemy wracać po więcej i bardziej. Ja osobiście najwięcej frajdy miałem bawiąc się w masowego mordercę, ale też nieraz przy kolejnych powrotach do tej odsłony kombinowałem i miksowałem wszelkiej maści pomysły na jak najbardziej efektowne zabójstwa. Dość powiedzieć, że otwartość formy jest najlepszym, co ta odsłona ma do zaoferowania. A ma do zaoferowania sporo i to samego dobrego. Trzeba w końcu pamiętać, że ta seria to nie jest twoja lokalna strzelanka. To piekielnie rozbudowana gra logiczna.

Oczywiście wszystko też zależy od poziomu trudności i umiejętności szybkiej reakcji i/lub bezbłędnej egzekucji planów, które, tak swoją drogą, sami tworzymy. Na szczęście sama gra daje nam mnóstwo opcji do improwizacji i to sprawia tonę frajdy, Dobrym urozmaiceniem rozgrywki było też wprowadzenie systemu rozgłosu. Który może mocno utrudnić rozgrywkę w późniejszych etapach, szczególnie jeśli jedziemy na sterydach masakrując wszystko co spotkamy na drodze. Opinia i ranga ciągnie się za nami niczym rzep, tylko od nas zależy jak będziemy odbierani i ocenieni na koniec gry. Wielkim plusem tego systemu jest to, że jest on nierozerwalną częścią gry. I nawet idąc na partyzanta możesz wyjść na czysto, jeśli usuniesz ślady (i świadków) po sobie. Na przykład usuwając nagrania z kamer czy pozbycie się strażników w niektórych lokacjach. Nikt też nie powiedział, że nie można pozorować wypadków, a ich planowanie to jeszcze jeden z tych świetnie zaplanowanych szczegółów w grze.

Rozwinięcie logicznej części rozgrywki w tej odsłonie przyniosło same korzyści.

Ale też wyraźnie podniosło poziom trudności i wymaga sporej dawki cierpliwości, bo nie jest to gra o zabójczym tempie. Można wręcz powiedzieć, że pacing jest powolny i wyraźnie wymaga na graczu pełnego skupienia. Nie ma tutaj prowadzenia za rączkę, mapy są otwarte i musimy je sami obejść, postaci w grze mogą mieć sporo do powiedzenia jeśli się im przysłuchamy w odpowiednim momencie. Na podobnej zasadzie działa też samo wykonywanie zleceń, ważniejsze od broni, czy stylu jest tutaj zebranie odpowiednich informacji w celu jak największej efektywności. Więcej tutaj czysto strategicznego myślenia aniżeli akcji per se. Oczywiście i to zależy od stylu rozgrywki jaki sobie obraliśmy. Im ambitniejszy gracz, tym trudniejsza i bardziej imponująca.

Same finały poszczególnych misji później są podsumowane w prasowych wycinkach i relacjach w telewizji. Oczywiście jak szczegółowe i w jakim typie (wypadek, morderstwo itd.) zależy również od sposobu w jaki podeszliśmy do misji. Też zawierają szczegóły, zabawne komentarze i pełne statystyki generowane na podstawie pozostałości po misji. Punktacja również ma wpływ na twój status, pieniądze i dodatkowe funkcje. Również warto zawsze po przebierankach wrócić do oryginalnego garniaka po drodze ucieczki. Jeśli nasz rozgłos przekracza pewien poziom jest szansa, że ktoś nas rozpozna nawet jeśli niczego nie robimy. Więc w zasadzie postanowiono skupić się na stylu i finezji, co jest świetnym posunięciem. Ale zawsze możemy opłacić lub zwyczajnie pozbyć się świadków nie powiększając naszej rozpoznawalności ani o jotę.

Hitman: Krwawa Forsa to definicja inteligentnej rozrywki.

Nie bez powodu jest uważana za jedną z najlepszych odsłon serii. Dostarcza więcej niż można by oczekiwać, wymaga od gracza pełnej profeski i stanowczo nie ułatwia niczego. W czasach, gdy gry w większości idą na łatwiznę oferując coraz mniej inwencji i replayability jest bliskie zeru, takie gry jak Krwawa Forsa są potrzebne. Nie są to masówki, ale trzeba przyznać, że w ciągu tych 20 lat marka stała się kultowa i definiowała elektroniczną rozrywkę przynajmniej kilka razy. Nigdy nie schodząc poniżej przyzwoitego poziomu (nawet jeśli odtwórczego czasami). To gwarancja świetnej zabawy i inteligentnego traktowania gracza, nie to co jakieś Valheimy (musiałem, wybacz Szogun). Żarty jednak na bok, twórcy nie traktują nas jak idiotów w zamian oferując kompleksowo zaplanowaną grę, która zostanie z nami na kilkadziesiąt godzin, a później na lata, gdzie zawsze chętnie będziemy do niej powracać. Tak jak ja przy okazji pisania tego tekstu.

Hitman: Krwawa Forsa to gra niesamowicie ambitna z ogromnymi aspiracjami i mówiąc szczerze – wywiązuje się z nich na medal. A jej ambicje nie przyniosły jej upadku, a kult. Jak na okres powstania gra prezentuje się niesamowicie, a i do dziś nie spowoduje u nas skrzywienia. Starzeje się godnie niczym Sean Connery. A można ją kupić za grosze i naprawdę warto. Szczególnie jeśli się w nią nie miało okazji zagrać. Jasne, jest trudna (No może nie aż tak jak morderczo trudna pierwsza odsłona), ale wynagradza wszelkie trudy z nawiązką.

Czy jest to rzecz idealna? Nie sądzę, ciężko znaleźć grę idealną. Niektóre techniczne niedociągnięcia zgrzytają (spróbujcie kogoś zepchnąć ze schodów i zabić – I dare you), ale to głównie lekka kosmetyka i nie ma żadnego wpływu na samą rozgrywkę. Muzyka wyjątkowo mnie w tej odsłonie mocno denerwowała, ale raczej nie sam ost, a używanie dziwnych kawałków momentami potrafiło doprowadzić mnie do szewskiej pasji.

Końcowo trzeba jasno przyznać, że mamy tutaj do czynienia z elektroniczną formą sztuki.

I to sztuki wysokiej. Pewnie, długi czas wczytywania i zapisywania stanu gry może denerwować. Niektóre tekstury mogą czasem postraszyć. Momentami też ilość klonów bywa, well, sami wiecie jak to jest. Ale co z tego, skoro nic z powyższego nawet nie ma najmniejszego wpływu na jakość rozrywki. Plus cechuje się doskonałą fabułą z przepięknym epilogiem i genialnie utrzymuje napięcie. Ah, tylko nie grajcie w to po polsku, bo gorzej spolszczonej gry ze świecą szukać (a przynajmniej tak było). Bez znaczenia czy jesteście wyjadaczami, czy amatorami, ta gra dostarczy i nauczy. No i rozrusza zwoje mózgowe, a to bardzo dobry edukacyjny element co nie?

Jeśli miałbym zrobić jakiekolwiek podsumowanie, mógłbym je zmieścić w zaledwie kilku słowach: jedna z najlepszych gier TPP w historii. Więc wydaje mi się, że to wystarczająca zachęta po sięgnięcie po tego kultowego klasyka. Dopiero w tym roku za sprawą Hitmana 3 ta odsłona przestała być moim numerem jeden. Ale sentymentalnie i eksperymentalnie to wciąż najbardziej zasłużona i szanowana odsłona serii. Bliskie bycia rzeczą wybitną z niezwykłą wręcz grywalnością. Jak to gdzieś kiedyś zostało napisane: Bierzcie i jedzcie. Dzięki i do zobaczenia niedługo w kolejnym tekście.

SUBIEKTYWNA OCENA: 9/10