Hello Neighbor – zalety gęsto przeplatane wadami

Hello Neighbor to jedna z tych gier, które wydają się być niezwykle zabawne, kiedy oglądamy, jak ktoś gra, ale kiedy sami zasiądziemy do tytułu, okazują się zwykłym średniakiem. Gra ta jest podręcznikowym przykładem tego, jak nie wykorzystać całego potencjału naprawdę ciekawego pomysłu.


Na czym polega ten naprawdę ciekawy pomysł? Otóż rdzeniem rozgrywki jest eksploracja domu naszego sąsiada, z tym że sam sąsiad w domu jest, i nie lubi niechcianych gości. Jeżeli tylko nas zobaczy, to złapie nas i wyrzuci przed drzwi swojego domu, oraz prawdopodobnie zastawi pułapki w miejscach, w których ostatnio byliśmy. I mimo że na początku spodziewałem się, że gra będzie czymś w rodzaju horroru, gdzie towarzyszyć nam będzie uczucie zaszczucia i bycia ofiarą, okazuje się, że jest to bardziej gra logiczna, tylko że z pierwszej osoby, o nieco bardziej abstrakcyjnym klimacie.
W akcie pierwszym wita nas scenka przerywnikowa gdzie nasz bohater, biegnąc ulicą za upuszczoną przez siebie piłką, słyszy przeraźliwy krzyk, dochodzący właśnie z tego domu. Zaraz po tym zyskujemy kontrolę nad postacią, możemy rozejrzeć się po okolicy, wejść do swojego domu, oraz poznać wszystkie mechaniki gry.
Celem aktu pierwszego jest otworzenie jednych, konkretnych drzwi w sąsiednim domu, co nie jest proste, ponieważ są one dobrze zabezpieczone. Sąsiad szybko przestaje straszyć i okazuje się irytującym utrudniaczem rozgrywki, przeszkadzając w rozwiązywaniu zagadek. Te są często nieintuicyjne i łatwo o momenty, w których można utknąć i poczuć bezradność. Zaraz po otworzeniu drzwi przyjdzie nam zwiedzać rozległą, ciemną piwnicę gdzie całość nabiera bardziej mrocznego klimatu, jednak nadal nie jest to nic konkretnego i ci, którzy nastawiali się na więcej, zostaną rozczarowani. Ot, piwnica antagonisty to po prostu rozległe, ciemne korytarze.
Akt pierwszy kończy scenka gdzie sąsiad nas łapie i zamyka w jego piwnicy, a teraz my musimy się dostać poza obszar domu. W takim razie… po co w ogóle trudziliśmy się, aby się tam dostać w pierwszym akcie?
Tym razem mieszkanie naszego oprawcy jest większe, ogrodzone wysokim płotem, a zagadki są jeszcze bardziej rozwleczone i nieintuicyjne. Choć jest jedna rzecz, za którą naprawdę doceniam tę grę – wiele zagadek można ukończyć na kilka sposobów, bo gra nie prowadzi nas za rączkę, za to zmusza do myślenia i kombinowania, co daje sporą satysfakcję przy trudniejszych łamigłówkach.
Zanim przejdę do apogeum, jakim jest trzeci akt Hello Neighbor, powiem wam największą bolączkę tego tytułu. Gra jest wprost najeżona błędami. I to nie takimi drobnymi błędami, przez które można się uśmiechnąć bądź je zignorować. Są to usterki psujące zabawę a czasami wręcz uniemożliwiające przejście gry. Szalejący silnik fizyczny często sprawiał, że przedmioty znikały po rzuceniu na podłogę i nie dało się ich podnieść a czasami same z siebie wystrzeliwały w powietrze. Jest to naprawdę spora wada, ponieważ niektóre zagadki bazują na fizyce. Dodatkowo sąsiad również lubi się zabawić i tak oto miałem sytuację, gdzie nagle utknął on pod wodą w jednym z pokoi. Innym razem sąsiada wyrzuciło poza mapę i mogłem swobodnie eksplorować jego domek.
A teraz pora na prawdziwy koszmar, czyli akt trzeci. Dom sąsiada jest teraz wprost olbrzymi, a zagadki zahaczają o absurd. Przykładowo, aby zamrozić wodę w jednym z pokoi musicie wziąć globus z poddasza sąsiada i włożyć go do zamrażarki, po czym szybko umieścić go na specjalnej platformie i pobiec na drugi koniec domu, do pomieszczenia z wodą. Jeśli nie wyrobimy się w czasie, globus rozmrozi się, i będzie trzeba powtarzać cały ten irytujący zabieg od nowa.
Oczywiście to nie najgorsza z sytuacji – wyobraźcie sobie, że mając wszystkie potrzebne przedmioty do otwarcia konkretnych drzwi, znajdujecie nowy pokój. Otwieracie więc delikatnie drzwi, a w środku jest… olbrzymi zasilany magnes, które wyciąga z waszego ekwipunku wszystkie metalowe przedmioty. Sprawia to, że musicie albo spędzić kolejne kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt minut na to, żeby go wyłączyć, bądź po prostu z bezradności wczytacie ostatni zapis. 
Finałowa walka z sąsiadem to miła odskocznia – jest abstrakcyjna, dynamiczna, a wszelkie trudności da się rozwiązać bez jakiegokolwiek problemu. Na koniec obejrzymy krótką scenkę i napisy końcowe. No właśnie, cutscenki – za to należy się twórcom pochwała. Są one ładne i dobrze zrealizowane. Gra jako całość wygląda dobrze – jest to zasługa silnika Unreal Engine oraz przybranego stylu, który stawia na prostotę obiektów i bogatą paletę barw.
Fabuła gry jest dość oszczędna i pełna niedopowiedzeń. Jedni gracze będą niezadowoleni z takiego rozwiązania, reszta będzie wręcz wniebowzięta. Istnieje od groma osób, które lubią teoretyzować i rozwiązywać kolejne zagwozdki przedstawionego przez twórców świata, i chyba to właśnie o nich myśleli twórcy. Kolejne filmiki z nowymi zakończeniami oraz sekretami tej gry zbierają mnóstwo wyświetleń, czemu się nie dziwię – grę ogląda się naprawdę dobrze. To zasługa tego że materiały te bywają pocięte tak, że nie oglądamy jak ktoś męczy się pół godziny z jedną łamigłówką, tylko od razu oglądamy najciekawszą część zabawy. 

Komu poleciłbym Hello Neighbor? Przede wszystkim osobom spragnionym wszelkiego rodzaju gier logicznych i przygodówek oraz tym, którzy mają ogromne pokłady cierpliwości. Cała reszta może bardzo szybko zmęczyć się z tym tytułem i rzucić go w kąt. Zalecam więc najpierw spróbować produkcji w abonamencie Xbox Game Pass, a jeśli będziecie chcieli spędzić z grą więcej czasu, to ewentualnie kupicie ją na własność.
Naprawdę trudno wydać ostateczny werdykt – z jednej strony gra strasznie mnie wymęczyła, a z drugiej dostarczyła sporo satysfakcji w pierwszych aktach. Być może w przyszłości sięgnę jeszcze po sequel tej produkcji, żeby zobaczyć czy coś się w tej nie do końca udanej formule zabawy zmieniło. Hello Neighbor byłby naprawdę dobrą grą, gdyby twórcy ją doszlifowali oraz popracowali nad designem zagadek i poziomów. W obecnym stanie jest to niestety gra tylko średnia, z potencjałem na poprawę w przyszłych odsłonach.