Edmund zrobił kolejną dziwną i wciągającą grę – The Legend of Bum-bo

Edmund McMillen znany jest ze swojej dziwnej estetyki, poczucia humoru czy ogólnopojętego podejścia do swoich dzieł. Wiemy o tym z chociażby Super Meat Boy’a czy (chyba najbardziej rozpoznawalnej jego gry) The Binding of Isaac. W tym przypadku nie jest inaczej. Legend of Bum-bo wciąż posiada tę dziwną, trochę mroczną i na pewno obrzydliwą estetykę. Ale wciąż, jak każda poprzednia gra Edmunda, jest świetna.

Fabuła

W sumie nie przypadkiem wspomniałem o Isaacu (nawet nie chodzi o to, że uwielbiam tę grę). The Legend of Bum-bo jest prequelem do wspomnianego rogala Edmunda. W tej grze Isaac bawi się kartonowymi wycinankami, stąd cała estetyka – postacie są wycięte z kartonu a cała akcja dzieje się w kartonowym pudle. 
Za to zabawa Isaaca ma swoją „fabułę”: Jakiś nieznany potwór ukradł Bum-bo jego ulubioną monetę, dlatego ten wyrusza w podróż, aby ją odzyskać.

Mechanika

Od strony mechaniki jest to niejako wariacja gry Roguelike, RPG i match-three. Walkę prowadzimy w systemie turowym poprzez dopasowanie do siebie kilku takich samych przedmiotów na planszy. Całość „mapy” jest generowana proceduralnie jak chociażby w The Binding of Isaac, z tą różnicą, że tu nie wybieramy, w którą stronę chcemy iść – z pomieszczenia jest tylko jedno wyjście.
Każdy rodzaj „klocka” ma inne właściwości, kość czy ząb służy do ataku, serce leczy a glut „zatrzymuje” przeciwnika na jedną turę. Jest też OCZYWIŚCIE kupa, która blokuje nadchodzące ataki.
W grze znajdziemy również ataki specjalne, które są być odpowiednikiem przedmiotów w The Binding of Isaac. Używa się ich przy pomocy odpowiedniej many. O samej manie jeszcze nie wspominałem, dlatego muszę to wytłumaczyć. Jest tyle rodzajów many, ile jest rodzajów klocków. Przy wykonywaniu np. ataku i połączeniu 4 klocków kości dostajemy 4 punkty many kości. I dokładnie tak samo dzieje się z każdą inną. Każdy atak specjalny ma swój koszt w manie odpowiedniego rodzaju.
Podczas pokonywania labiryntu trafimy też na pokoje z nagrodą. Mamy tam do wyboru dwa przedmioty – może to być atak specjalny czy trinket. Po każdym poziomie dostajemy możliwość zagrania w „trzy czaszki” (znane z The Binding of Isaac) czy zakręceniem kołem fortuny.

Audiowizualność

Jak każda gra Edmunda McMillena The Legend of Bum-bo ma swój, trochę niepokojący, styl. Wszystko tu jest brudne, brzydkie i obrzydliwe. Ma to swój urok, ale domyślam się, że nie każdemu może odpowiadać taka estetyka. Nie mniej, wydaje mi się, pomijając samą „estetykę”, że grafika jest bardzo ładna. Na swój sposób. To jak pokazane są postacie, to niechlujne „wycięcie” ich z kartonu, koślawe animacje – to wszystko daje wrażenie właśnie zabawy dziecka.

O audio, co tu dużo mówić. Jak zawsze jest wyśmienite. Może komuś nie przypadną do gustu wizualia, ale muzyka to jest to, co w grach Edmunda zawsze robi robotę. Co tu dużo mówić, dalej mam ciarki przy muzyce w katedrze w The Binding of Isaac. W The Legend of Bum-bo jest to zrobione tak samo dobrze (nawet kilka utworów CHYBA jest remixem tych z Isaaca).

Zdaje sobie sprawę, że to nie jest gra dla każdego. Jednemu może przeszkadzać estetyka, innemu cała mechanika. Co do estetyki się nie wypowiem, każdy ma swoje gusta. Jeśli ktoś jest fanem The Binding of Isaac albo takim zwyrolem, że podoba mu się wszechobecna kupa, gluty czy mocz – jak ja – polecam dać szansę The Legend of Bum-bo. Jak inne gry Edmunda ta gra naprawdę potrafi wciągnąć i, na swój dziwny sposób, zachwycić niektórymi elementami. Biorąc pod uwagę, jakie historie pisze McMillen (chodzi mi tu głównie o Isaaca i cały wątek uciekania przed mamą a później walczenia z nią) zasługuje on na szansę, nawet jeśli nie jesteście przekonani do takiego sposobu rozgrywki. Ja też nie byłem.