Command and Conquer – czy warto ożywiać wspomnienia?

Remastery wiekowych gier to pożyteczna rzecz. Pozwalają nam odbierać gry tak, jak graliśmy w nie lata temu, ale na dzisiejszym sprzęcie, bez potrzeby latania po maszynach wirtualnych. Wobec wielu gier oznacza to spore modyfikacje w obrębie technikaliów, czasami drobne podniesienie jakości grafiki i tyle z tego. Czasami mamy rzeczy takie jak Command And Conquer Remastered, gdzie zrobiono nieco więcej, ale jednocześnie zachowano ducha oryginału, wraz z jego irytującymi elementami. Dzisiaj przyjrzymy się temu tytułowi w jego odświeżonej wersji i ponarzekamy, że kiedyś to były gry i lekko szkoda, że nie pokusili się o znaczne poprawki gry. 

Przebudzenie trupa

Marka Command and Conquer przez wiele lat uznawana była za trupa. Ostatnie co zobaczyliśmy to jakaś śmieszna gra mobilna, a faktyczną serię zakończył Zmierzch Tyberium, przez wielu fanów tytuł uznawany za niekanoniczne obrzydlistwo. Większość ludzi nadal siedzi w Generals albo korzysta z renesansu sieciowego Red Alert 2: Zemsta Jerzego na cncnet, nieoficjalnej platformie do sieciowych rozgrywek dla gier z serii Command and Conquer i ich modyfikacji. Dlatego dziwną stała się pogłoska o pracach nad remasterem pierwszej części i spin-offu Red Alert. Oraz o tym, że Electronic Arts przekazał sprawę do Lemon Sky Studios, studia zatrudniającego większość oryginalnych twórców gry. Oni zaczęli od wytypowania najważniejszych reprezentantów społeczności fanów na Reddit i z ich wsparciem zaczęły się prace. 

Końcowy produkt to właśnie efekt tych połączonych wysiłków, czyli podniesienie jakości grafiki do 4K (wraz z animacjami w 60 klatkach na sekundę), odszukanie oryginalnych taśm z materiałami, by poświęcić czas na odtworzenie w 4K60fps filmów i animacji, które tworzą wyśmienitą otoczkę gry. Muzykę w dużej części zremasterowano oraz stworzono kilka coverów utworów we współpracy z zespołem Tiberian Sons. Dodatkowo, podarowano nam kod źródłowy obu gier i dodatków. Więc produkcja modów została znacznie uproszczona.

Kiedy dwie strony idą w bój

Dla osób nieznających Command and Conquer, zwłaszcza Tiberium Dawn (pierwsza część) jak i Red Alert 1, szybkie wprowadzenie. W okolicach 1995 roku w Ziemię uderza meteoryt niosący na sobie minerał obcej cywilizacji. Punkt zderzenia to rzeka Tybr, dość szybko zaczyna się jałowić i zamieniać w krainę suszy pełną zielonych kryształów. Powoli nowy minerał zaczyna się rozrastać, z ukrycia wychodzi prawdopodobnie starożytna organizacja znana jako Bractwo Nod, pod przewodnictwem Kane’a. Kane jako charyzmatyczna postać rozpoczyna walkę z Global Defence Initiative, które jest czymś w rodzaju NATO, gdyby prawie każdy kraj na świecie przystąpił. 

Kane zaprasza nas do wzięcia udziały w ukrytej kampanii nawiązującej do Parku Jurajskiego

Tyberium okazuje się być na tyle dobrym interesem, że pojawiają się specjalne maszyny do wydobycia i przetworzenia materiałów. Wojna jest nieunikniona. Pierwsza Wojna Tyberyjska, jak nazwą ten konflikt w przyszłości, działa się w Europie oraz w Afryce, bo tylko tam Tyberium było. Póki co. Losy wojny zalezą oczywiście od nas. Z czasem dostajemy dostęp do coraz mocniejszego arsenału. Zaczynając od czołgów, na działach orbitalnych czy rakietach nuklearnych kończąc. 

Red Alert to w sumie podobna rzecz, tylko teraz Stalin i grupa aliantów walczą przeciwko sobie o Europę. Tym razem najważniejsze bronie to atom i chronosfera, mogąca przenosić ludzi w inne miejsca błyskawicznie. Dodatkowo, multiplayer wprowadził również frakcje wewnętrzne dla stron. Dzięki temu każda nacja ma swój wyróżniający element. Jedne jednostki są tańsze, inne silniejsze, ale dłużej produkowane, inne twarde, ale drogie.

Witaj ponownie, dowódco

Muszę przyznać, że od samego początku czuję się jakbym po prostu wrócił do gry, w którą grałem w dniu premiery. Filmy z aktualizacji gry do nowszej jakości, menu z dodatkami w postaci galerii materiałów zza kulis, szafa grająca z muzyką obu części. Poziomy trudności w obu grach (wcześniej tylko Red Alert miał poziomy trudności, ale do tego wrócimy) i ogólne poprawki. No i kolejkowanie zakupów. Nareszcie, mogę po prostu posłać sobie 40 czołgów bez sprawdzania, czy się wyprodukowały. Bo widzę na bocznym wyświetlaczu stan kolejki. Bez klikania co kilka sekund na boczny panel na obrazku jednostki.

Bitwy nadal sprawiają radochę, a słuchanie Act on Instinct w pierwszej misji GDI robi ten sam efekt co lata temu. Rzucanie jednostek na wroga, zabawy w taktykę czy zwykłe masowe wjazdy czołgami, kiedy działają, są po prostu cudowne. Rozjeżdżanie piechoty wroga wielgachnym czołgiem i dźwięk chrupnięcia to moja ulubiona rzecz. Dodatkowe misje z konsol to miły dodatek, zwłaszcza misja specjalna z komandosami i laserowymi helikopterami.

Command and Conquer Red Alert - kampania It Came From Red Alert
Command and Conquer Red Alert korzystał z kina klasy B z lat 50. w ramach kampanii mrówek z dodatku Counterstrike

W obu grach podstawy rozgrywki są takie same. Dostajemy pojazd konstrukcyjny, budujemy bazę i zbieramy surowce oraz powoli kształtujemy armię, którą zamienimy wroga w niemiłe wspomnienie. Poza kilkoma wyjątkowymi jednostkami, ma się wrażenie zabawy żołnierzykami. Żołnierz każdej strony wygląda prawie identycznie, tylko inny kolor stroiku. Konstrukcje tak samo. Ja lubię takie podejście, bo mam dzięki temu skojarzenia z dziecinną zabawą żołnierzykami. Ale późniejsze rozróżnienie sprite’ów z kontynuacji to lepsza rzecz. 

Każdy budynek daje nam określone możliwości i połączony z innymi zapewnia dodatkowe możliwości. Albo konstrukcyjne albo bojowe. Budujemy się w określonym zasięgu od innych budynków korzystających z energii. Prawie każdy budynek ciągnie pewną ilość energii, więc musimy zadbać o zaplecze energetyczne bazy. Uszkodzenia elektrowni zjadają pewną ilość energii maksymalnej dla bazy.

Dodano moduł do gier sieciowych sparowany ze Steam, dzięki czemu możemy się ponaparzać sieciowo z ludźmi i pokazać, kto jest szefem tego lobby. Pojawienie się osiągnięć i kart to normalna rzecz jak na dzisiejsze standardy, znak czasów i wymagań dzisiejszego świata.

Nie wszystko jest idealne

Porównanie z żołnierzykami jest dość słuszne, ponieważ AI w Command and Conquer Remastered nie istnieje. Wojska po otrzymaniu rozkazu jadą jak chcą, nie patrzą na to, czy wpakują się w ogień albo coś. Tłuką się po ścianach, kiedy mają jechać po skosie. Czasami są głusi na polecenia, ignorują fakt, że ktoś do nich strzela. Kiedy silosy z funduszami są pełne, pojazdy zbierające nadal zbierają surowce, przez co idą one na zmarnowanie.  W czasie meczy z SI w Tiberian Dawn, dalej można korzystać z solidnej taktyki zamykania wroga workami z piaskiem.

To błąd, który ma ponad 20 lat i twórcy nie chcą go naprawiać. Tak jak tego, że przeciwnicy nie budują skomplikowanych rzeczy, tylko robią podstawową bazę, ładują wojsko i ruszają. Wróg nie buduje żadnych broni specjalnych albo mocniejszych jednostek. Po prostu robi podstawowe rzeczy i tym walczy. Poziom trudności tak naprawdę określa, jaki będzie koszt jednostki, ile zadaje obrażeń i ile ma zdrowia. Przeciwnicy są tak samo głupi, określanie ścieżek też nie działa za dobrze. 

Wróg strzela, a oni stoją i czekają

No i jakimś cudem, udało się dopakować więcej błędów niż wcześniej. Czasami zdarza się sytuacja, gdzie wróg niszczy swoje budynki, czasami nie można sterować kamerą. W niektórych misjach dochodzi do sytuacji, że wszyscy są nieśmiertelni i nikt nikogo nie może zabić. Zdarza się, że jednostki nie potrafią strzelać w danym kierunku geograficznym (to jest podobno błąd silnika, przez co premię mają pojazdy strzelające na południe, bo trafią obiekt). O tym, że przeciwnik dostaje w ramach cheatów nielimitowane zasoby albo wie idealnie wszystko nie muszę specjalnie dużo pisać. Wystarczy wspomnieć, że nawet nie mając ekonomii, wszystko naprawia natychmiastowo. 

Command and Conquer Remastered – czy warto?

Uważam, że mimo swoich mankamentów, Command And Conquer Remastered to świetna sprawa. Ale jest tak wyłącznie dla fanów, którzy grali w ten tytuł te 20+ lat temu. Nowych zainteresowanych na stałe ten tytuł nie przyciągnie swoją archaicznością i tym, że jest to ewidentna próba wyciągnięcia kasy z użyciem tęsknoty do marki. Fajne, żeby pokazać dzieciaczkom “w co rodzice grali”, ale nie na tyle fajne, by traktować to jako powrót serii. Mówi się nieoficjalnie, że zaczynają się prace nad remasterem Tiberian Sun oraz Red Alert 2. Tutaj pojawia się dylemat: czy remaster pierwszych gier był konieczny? Może lepiej zrobić remake z zastosowaniem mechanizmów i połączyć ze współczesnymi możliwościami? Czasami lepiej zostawić oryginał we wspomnieniach i odtworzyć go na nowo, niż na siłę modernizować.