Co stało się z załogą? – Recenzja Return of Obra Dinn

Uwielbiam gry Lucasa Pope’a. Chyba jego najsławniejsza gra – Papers, please to arcydzieło w swoim gatunku (w sumie nawet nie wiem jak nazwać ten gatunek, ale chyba gra logiczna do niego pasuje). Inne gry Pope’a prawie zawsze też zahaczają o klimat państw totalitarnych – czy to The Republia Times czy Unsolicited. Jednak Return of Obra Dinn odchodzi od tego tematu na rzecz… chyba jeszcze mroczniejszych tonów.

Return of Obra Dinn to gra detektywistyczna. W przeciwieństwie do np. L.A. Noire nie mamy tu ani świadków, ani poszlak. W sumie to nic nie mamy. Poza ciałami (w sumie bardziej dokładnie to trupami – jedyne co zostało po większości to szkielety).
Jednak do dyspozycji mamy jeden, specjalny przedmiot. Jest nim zegarek (klimatycznie, z czaszką). Ów zegarek pozwala nam na zobaczenie momentu śmierci pechowca, nad którym właśnie stoimy.
Poza zegarkiem do dyspozycji mamy książkę, którą dostaliśmy wraz z zegarkiem. Jednak po otworzeniu jej okazuje się pusta. Jedyne informacje w niej zawarte to plan statku, lista załogi (i ludzi na nim przebywających w czasie felernego rejsu) i, co okaże się później jedną z ważniejszych rzeczy, rycina przedstawiająca wszystkich ludzi na pokładzie.
W przeciwieństwie do innych gier tego typu naszym zadaniem nie jest jedynie wskazanie mordercy. Naszym zadaniem jest ustalenie kim w ogóle jest dany denat, jak umarł i kto go zabił. I tu zaczyna się naprawdę (trudna) zabawa.
Aby ustalić wszystkie potrzebne dane zazwyczaj nie wystarczy “wejść” w moment śmierci, odhaczyć wszytko i koniec. Rzadko kiedy wiemy nawet jak zginęła ofiara, często musimy się tego domyślać, nie wspominając już o jej imieniu i nazwisku – bardzo możliwe że nigdzie go nawet nie usłyszymy.
Dla przykładu – w jednej scenie widzimy czołgającego się człowieka z nożem wbitym w plecy – “zasztyletowany” pomyślimy. Ale przeglądając inne wspomnienia zobaczymy, że dokładnie ten człowiek z dokładnie tym nożem stoi oparty o ścianę i zostaje przez przypadek postrzelony – i to go zabiło, nie nóż.
Jak wspomniałem wielu z imion nie usłyszymy w grze w ogóle albo w całkowicie innym kontekście, przez co trudno nam je będzie połączyć z daną osobą. Ba, niektórych ludzi da się jedynie zidentyfikować po akcencie (jako mały spojler – jest też w grze jeden polak) albo jednym, jedynym słowie rzuconym w innym języku.
Ważną rzeczą w odkrywaniu tożsamości pechowców jest to, że po “ustaleniu” jej dla jednego osobnika, nawet jeśli jest ustalona dobrze – gra nas o tym nie informuje. Dopiero po ustaleniu jej dobrze dla trzech trupów gra “zatwierdza” dane i “zapisuje” na stałe w książce.
Przechodząc do aspektów audio-wizualnych. Wielu może odrzucić grafika w tej grze. Dla mnie jest to jedna z najlepiej graficznie zrobionych gier. Jest bardzo czytelna (co na pierwszy rzut oka wydaje się absurdem) i szczegółowa. Małe smaczki w postaci bujającej się cały czas łodzi tylko dodają jej autentyczności. Jeśli chodzi o audio… tu gra zaskoczyła mnie chyba najbardziej. Dobór aktorów głosowych jest mistrzowski. Nawet dla mnie – człowieka powiedzmy średnio znającego się na akcentach – były one niesamowicie dobrze oddane i bardzo oczywiste do połączenia z odpowiednimi narodowościami (jak wspomniałem, w grze jest jeden polak, a gra go… Piotr Adamczyk. Co prawda nie mogę się dokopać czy jest to TEN Piotr Adamczyk czy to po prostu zbieżność nazwisk).
Ta recenzja może brzmieć jak hiperbolizacja tej gry, ale dawno żadna gra tak bardzo nie zmusiła mnie do kombinowania w świecie realnym (zrobiłem dużo notatek ze strzałkami, to coś znaczy; dużo też szukałem tłumaczeń danych słów, jak nie byłem pewny co do ich pochodzenia). Gra jest niesamowicie dobrze przemyślana, wyśmienicie napisana i zrealizowana. Dla mnie na bardzo długo (pewnie do wyjścia kolejnej gry Lucasa) zostanie wysoko w TOP moich ulubionych gier.
A wy – lubicie gry detektywistyczne albo takie, które całkowicie odchodzą od obecnych standardów (np jak tu w kwestii grafiki)? Piszcie! Dział komentarzy tutaj jak i na naszej stronie Facebook są do waszej dyspozycji.