Bleeding Edge – recenzja

Bleeding Edge wzbudził moją ciekawość już od pierwszych zapowiedzi. Wszystko wskazywało na to że dostaniemy porządnego sieciowego multiplayera. Takiego, który garściami czerpie z innych gier, a jednocześnie dorzuca własną cząstkę tożsamości do całokształtu. Czy rzeczywiście tak jest? Jeśli chcecie się dowiedzieć, czytajcie dalej.

Słowem Wstępu

Nie będę używał określenia “hero shooter”, bo tytuł ten absolutnie hero shooterem nie jest. Strzelania jest tu jak na lekarstwo, a większość postaci nawet nie ma czym strzelać. Bleeding Edge prędzej można określić jako For Honor, któremu ktoś wstrzyknął w żyły puszkę przesłodzonego napoju energetycznego i zaserwował to wszystko w stylizowanej, kolorowej oprawie.

Gra na premierę w Polsce została wyceniona na 109 złotych. Kupując ją cyfrowo, otrzymamy zarówno wersję gry na Xboksa One oraz na pecety. Nieco ponad sto złotych to uczciwa cena za premierową grę, jednak nie będąc do końca pewnym modelu gier jako usług, postanowiłem że zagram w owy tytuł w ramach abonamentu Xbox Game Pass, w którym gra jest dostępna. Jednakże Bleeding Edge na tyle przypadło mi do gustu, że po kilku dniach kupiłem go poza abonamentem.

Pierwsze wrażenia z Bleeding Edge

Gra nie wrzuca graczy na głęboką wodę. Krótki acz treściwy samouczek pokazuje jak odnaleźć się w świecie Bleeding Edge, a dodatkowe opcje treningu z botami pomogą zgłębić tajniki gry. Pokazane są graczowi podstawowe ataki, umiejętności a także oba tryby gry, w które będziemy się mogli później zatopić. Po samouczku odpaliłem swój pierwszy mecz wieloosobowy i wsiąkłem na kilka godzin, bawiąc się przy tym tytule wyśmienicie. Gra ma szybkie tempo, dużo się dzieje, a przy większych zadymach chaos na ekranie potrafi nieźle zmylić. W sam raz dla osób uwielbiających wszelkie gry arcade, a będących zmęczonymi od powolnych i rozwleczonych produkcji.

Jak wygląda, jak brzmi Bleeding Edge

Oprawa graficzna jest świetna i przypomina miks stylistyki znanej z Borderlands ze stylistyką Agents of Mayhem. Są tutaj obecne komiksowe kontury, jaskrawe i żywe kolory, a całość jest mocno stylizowana. Przez te zabiegi gra będzie cieszyć oko nawet i za dziesięć lat, co w przypadku gier sieciowych jest istotne. Również oprawa dźwiękowa zachwyca. Energiczne i rytmiczne brzmienia przypominające najlepsze kawałki muzyki elektronicznej pasują tutaj idealnie i spełniają swoją funkcję. Mam nadzieję że nie jest to muzyka licencjonowana, bo to oznaczałoby że kiedyś musiałaby zniknąć z gry.

Techniczne sprawy Bleeding Edge

Pisząc o grafice i udźwiękowieniu nie sposób nie wspomnieć o technikaliach. Gra na podstawowym Xboksie One stara się utrzymywać 60 klatek na sekundę. Wartość ta niestety często spada przy bardziej dynamicznych akcjach, co może niektórym przeszkadzać. Płynność to nie jedyny aspekt, w którym podstawowy Xbox One musi iść na kompromisy. Rozdzielczość jest dość niska, przez co obraz wydaje się być z lekka rozmazany. Jeśli zaś spojrzeć na to z drugiej strony, to twórcy postąpili mądrze, nie blokując licznika klatek na trzydziestu, kosztem rozdzielczości. Skazą na wersji Xboksowej jest fakt, że do działania potrzebuje ona abonamentu Xbox Live Gold. Na pecetach gra działa bardzo dobrze, ma dobrą optymalizację i będzie działać w porządku nawet na sprzęcie ze średniej półki.

Nie ilość, jakość!

Zawartości póki co jest niedużo. Ot, dwa tryby (zajmowanie celów i dostarczanie punktów do celów) i jedenaście postaci. Mogłoby się wydawać że całość zacznie się szybko nudzić, jednak jest to wrażenie błędne. Każde starcie jest inne, a eksperymentowanie z postaciami i ich umiejętnościami dostarcza sporo frajdy. Pokłady grywalności zapewnia możliwość modyfikowania umiejętności swojego herosa tak, aby najbardziej nam odpowiadał. W miarę postępów zbieramy walutę potrzebną do odblokowania kolejnych modyfikatorów postaci oraz elementów kosmetycznych, więc grając nie czuje się poczucia braku celu. Dodatkowe urozmaicenie wprowadza obecność rozmaitych przeszkód na mapie, które możemy aktywować aby utrudnić naszym rywalom osiągnięcie celu. Przykładowo na jednej z map, stojąc na odpowiedniej platformie, aktywujemy pociąg, który przejeżdża przez tory rozłożone na mapie. Mając tą wiedzę możemy tak zaplanować swoje działania, aby pociąg strącał wrogów z punktów kontrolnych, bądź służył nam za transport. Z kolei na innej mapie umieszczone są platformy, których aktywacja sprawia że punkty kontrolne zaczynają się żarzyć i podpalać graczy, którzy na nich stoją. Twórcy mają już w planach kolejną postać, a i zapewne do gry dojdą nowe mapy, więc zapowiada się, że tytuł ten otrzyma naprawdę solidne wsparcie.

Balans na krwawej krawędzi

Jako że Bleeding Edge jest grą multiplayer, muszę wspomnieć o balansie. Już pierwszego dnia było w tym aspekcie naprawdę dobrze, jednak uważam że umiejętności postaci leczących powinny zostać znacznie osłabione. Często dochodzi do absurdalnej sytuacji gdzie postać mająca medyka u boku jest praktycznie nieśmiertelna. Poza tym wszystko jest całkiem dobrze zbalansowane i nie zdarza się, aby jakaś postać zostawała w tyle za innymi. Warto się trzymać blisko swojej drużyny – gra stawia na współpracę i samotni gracze są najłatwiejszym celem.

Werdykt Beeding Edge

Oczekiwałem z nadzieją tego tytułu, i nie zawiodłem się. Bleeding Edge to świetna arcade’owa naparzanka, wyróżniająca się z tłumu innych gier sieciowych. Niska cena i przystępność sprawiają, że mogę ten tytuł polecić każdemu. Miejmy nadzieję że twórcy, mając bazę na świetną grę-usługę, odpowiednio będą rozwijać swoje dzieło.