Amnesia: Rebirth – recenzja

Wydanie tej gry umknęło mi jakimś cudem. Do tego stopnia, że dowiedziałem się o niej 2 dni po premierze, przypadkiem, przeczesując Steam lub Epic Game Store. Wstyd i hańba, ot proste określenia jakimi siebie obdarzyłem. Nie dość, że poprzedniczki należą do ścisłej czołówki moich ulubionych horrorów i darzę je niemalże nabożnym uwielbieniem, to stanowią też przykład idealnie skrojonej rozrywki. Przerażającej, owszem, podnoszącej ciśnienie – takoż, ale rozrywki. Amnesia: Rebirth natomiast jakimś cudem jest grą nie tyleż poważniejszą, co na dokładkę mniej straszy. Ale to, wyjątkowo, nie jest żadnym minusem, gdyż moje oczekiwania były żadne. I jak się okazało, to rzecz doskonała jakkolwiek bym na to nie spojrzał.

Po pierwsze, Amnesia zawsze była nastawiona na klimat i budowanie przerażającej atmosfery, nieraz opartej na brutalnych jumpscare i smoliście gęstym mroku. Z jednej strony służyło to przykryciu braków w budżecie, a z drugiej zwyczajne przemyślane działanie. Tym razem jednak sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Nie ma zbyt wielu gier wideo z gatunku horrorów, które by miały tak oddaną rzeszę fanów jak Amnesia. I nie ma się co dziwić, dzieło niezależnego studia Frictional Games zasłużyło na swoją markę. Obie poprzednie odsłony spotkały się z dobrym lub bardzo dobrym przyjęciem zarówno od krytyków, jak i fanów horrorów. Ponad dekadę od premiery pierwszej części, kilku zmianach i sporo większym budżecie w końcu otrzymaliśmy trzecią odsłonę.

I trzeba tutaj oddać, mimo, że to dosyć krótka gra, to widać zarówno ilość pracy jak i funduszy jakie włożono w tą produkcję. Gra jest dopracowana audiowizualnie pod każdym względem. Jest też znacznie bardziej skupiona na fabule i opowiadanej historii niż wcześniej. Co dla mnie było wspaniałym doświadczeniem. A rzecz to naprawdę cholernie depresyjna. Tak, moi drodzy, Amnesia: Rebirth to gra bardzo dołująca i mroczna. Gatunek survival horroru sam w sobie nie jest prostym ani miłym, nie będę ukrywał. Ale o tym każdy zainteresowany wie bez moich zapewnień. No chyba, że mówimy o pastiszu, ale to nie ten adres. Trzecia odsłona opisywanej serii to stanowczo najpoważniejsza odsłona. Która do tego nie bierze jeńców, zarówno w budownaiu klimatu, jak i opowiadaniu historii.

Amnesia: Rebirth to bardzo inny tytuł wśród typowych survival horrorów.

Inny nawet od swoich własnych poprzedniczek. Mroczne domostwa i nawiedzone pałace pozostawiamy na rzecz… słonecznej pustyni i jaskiń. I efektownym dodatku w postaci… alternatywnego wymiaru. Który to się prezentuje PRZEPIĘKNIE. A to wszystko w przepięknych Algierskich plenerach w okresie międzywojennym. Wcielamy się w badaczkę archeologii Tasi Trianson, a całość zaczyna się z przytupem. Nasza główna bohaterka wraz z mężem i grupą innych naukowców rozbija się gdzieś na pustyni i… budzi się kilka dni/tygodni/miesięcy później nie wiedząc gdzie jest i gdzie są wszyscy. A wyraźnie widać, że większość przeżyła. Gdzie są wszyscy, co się wydarzyło, o czym Tasi zapomniała lub nie chce pamiętać? Odkrycie tych zagadek jest główną osią dramatu w który gramy.

I dramat to w przypadku tej odsłony słowo klucz. Ale gatunkowo przede wszystkim, czysta groza ustępuje skrzętnie budowanemu psychologicznemu obrazowi doświadczonej kobiety. Kobiety, która musi stawić czoła wszystkiemu – od brutalnej przeszłości aż po samą siebie i własne demony. Bo te są nieraz znacznie gorsze od jakichkolwiek maszkar, jakie na nas znienacka wyskakują. I mimo tego, że na prawdziwe straszenie przyjdzie na długo czekać, bo niemal 3 godziny, to u źródła to wciąż pełnokrwisty horror. I nie jest to minus, bo pozwala nam się to zapoznać zarówno z mechaniką samej gry jak, historią, ale też poznać wagę naszych działań. A dziać się będzie, bo stawka jest wysoka.

Nie owijając w bawełnę, należy jednak powiedzieć jasno: to wciąż Amnesia i Amnesią pozostaje do końca.

A to oznacza, że nie dość, że nasza bohaterka jest na granicy psychicznego wykończenia, ale i my, gracze, po kilku godzinach znajdujemy się na granicy rozpaczy. Bo podobnie jak w poprzednich odsłonach, poziom naszej psychiki znacząco wpływa na rozgrywkę. Z tym, że robi to lepiej, wrażliwiej i znacznie bardziej… wkurza. A im dłużej spędzamy z Tasi czasu w ciemnościach, tym bardziej jej odbija, a nam serwuje koszmarne slajdy i wysokie dźwięki. Prosty zabieg, ale działa i jest dobrze usprawiedliwiony. Bo w horrory, a szczególnie te oparte na jumpscare – trzeba umieć. A twórcom udało się osiągnąć taki poziom napięcia, który wręcz sprawia fizyczny dyskomfort. Nie mówiąc już o psychicznym. Im głębiej w historię i grę, tym ciężej. Tym więcej mroku, a im więcej mroku, tym mniej widzimy. I to jest potężne osiągniecie, gdzie obawiamy się bardziej tego, czego nie widzimy, często wręcz na zapas. Tak się robi mrok.

Oczywiście nie oznacza to, że Amnesia: Rebirth nie jest intensywna. Bo jest cholernie intensywna. Jest tak intensywna, że powinna wychodzić pod patronatem Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego. Uciekanie przed maszkarami poprzez wąskie, nieraz ciemne korytarze robi swoje, a udźwiękowienie i ambienty to robota godna największych mistrzów. Serce w gardle, puls szybszy niż jesteś w stanie to ogarnąć i frustracja, piękne uczucie bezsilności. Bo jak zwykle, jedynym na czym możemy polegać to… zapałki i lampa olejna. Plus parę przedmiotów fabularnych. I tyle, nic nie możemy zrobić przeciwko stworom, ewentualnie się uwolnić, przywalić z buta i uciekać, gdzie pieprz rośnie. Więc dla ludzi o słabszych nerwach zalecam pampersy, lub trzymać się z dala od tego tytułu.

Ta produkcja nie zapomina też jednak o swoich korzeniach pozahorrorowych.

To przygodówka pełną gębą, a ze względu na umiejscowienie, bohaterkę nieraz przypomina miks między starych Uncharted, nowym Tomb Raider i Indianą Jones’em. Ale z dreszczykiem. A więc łamigłówki. I to sporo łamigłówek. Jednakże mimo ich prostoty nie obrażają inteligencji i Ci mniej uważni gracze będą się mocno głowić momentami. Zwięźle można to podsumować mniej więcej tak, że twórcy nas za rączkę nie prowadzą, ale też nie robią z tego Dark Souls. Bycie przygodówką niesie za sobą jeszcze jeden ważny aspekt, a więc kolekcjonowanie przedmiotów i szukanie wiadomości i wiedzy o miejscu w którym się znaleźliśmy. Na przejście samej fabuły wystarczy 7 godzin, mi całość zajęła trochę ponad 12. Ale to ze względu na streaming i ochotę ukończenia gry w 100%, wliczając w to wszystkie zakończenia. I nie jestem pewien czy taka dawka cierpienia jest zalecana. Nie w jednym podejściu.

Niestety Amnesia: Rebirth nie jest tak idealna, jakbym sobie tego życzył.

Po pierwsze z jakiegoś powodu śmierć w tej grze nie istnieje. Została zastąpiona kondycją naszej bohaterki. Zazwyczaj cofa nas do ostatniego zapisu lub… w zasadzie rozwiązuje zagadnę lub uwalnia nas z opresji. Dosłownie. Jest to zabieg niezrozumiały i troszkę frustrujący, bo oznacza to, że… śmierć nie ma żadnych konsekwencji. Sama gra jest też niestety troszkę zbyt liniowa z zasadniczo minimalną opcją jakiejkolwiek ingerencji w środowisko. Przechodzimy od punktu A do punktu B. Oczywiście nie zwraca się na to uwagi w trakcie samej rozgrywki, bo angażuje, jednakże jest to wyraźnie odczuwalne. Mocno denerwujący jest też system zapisów i brak jakiegokolwiek podziału na rozdziały. Zapisy są okropnie nieprzejrzyste, a brak rozdziałów nie ułatwia odnajdywania momentu do którego chcielibyśmy się przenieść. Menu i jego prostota czasem sprawiają wrażenie, jakby powstały na końcu gry, bo twórcy o tym zapomnieli. To nie ujmuje jakości samej gry i rozgrywki, ale potrafi mocno wnerwić.

Ale to mniej więcej tyle do czego się w zasadzie mogę przyczepić, całość zjadłem w sumie na dwa posiedzenia i naprawdę jestem zadowolony. Idealne wyważenie rozrywki i horroru. Do tego GENIALNE udźwiękowienie, przepiękna i mocno zapadająca w pamięć muzyka.

Technicznie to naprawdę potężny krok w przód.

I zaiste, gra prezentuje się, w swoim gatunku, obłędnie, lokacje są dopracowane i wspaniale zaprojektowane. W szczególności alternatywny wymiar prezentuje się niesamowicie. Wręcz monumentalnie i ciężko. Detaliczność i zwykła prostota idą nieraz w parze, świetna interakcja z przedmiotami i przemyślane rozwiązania techniczne naprawdę dają sporo radochy. I choć nie ma tutaj mowy o jakimkolwiek otwartym świecie, to jest to cholernie satysfakcjonujące wizualnie danie. Szczególnie, że uzupełnia je prawdopodobnie ścieżka dźwiękowa roku. Nie dość, że dźwięki otoczenia to główny motor napędowy złowrogiego klimatu, to na dokładkę muzyka robi potężne wrażenie. W przeciwieństwie do poprzedniczek, muzyka ma tutaj znacznie większe znaczenie, ale jest też znacznie bardziej liryczna i melancholijna. Idealnie uzupełnia depresyjny klimat opowieści. A na dokładkę wprowadza w trans, który nieraz bywa brutalnie przerywany. A wierzcie mi, niektóre z płaczących smyczków ze ścieżki dźwiękowej znajdują się u mnie na playliście od momentu, jak je usłyszałem.

Oprawa audiowizualna to największy atut produkcji. Nie ma tutaj nawet o czym dyskutować. Wpływa bezpośrednio na każdy aspekt rozgrywki i rozrywki, a do tego potęguje uczucie samotności i przerażenia. A to, w jaki sposób przedstawiono jak przerażenie oddziałuje i wpływa na naszą bohaterkę zasługuje na prawdziwe uznanie. Poziom głębi psychologicznej rzadko spotykany we współczesnych horrorach. Jestem zachwycony scenariuszem, nawet pomimo ogólnej jego przewidywalności. To niezwykle satysfakcjonująca i ekscytująca pozycja. Cieszę się, ze pomimo opóźnienia (sic!) się zreflektowałem i zagrałem.

Słowo końcowe.

Amnesia: Rebirth to nie jest gra roku. Nie jest to też gra idealna, ani gra wybitna. Ale to nie jest ważne, co jest za to ważne, to szczerość i miłość twórców. Zarówno do gatunku, jak i graczy. Dostaliśmy mroczną, pesymistyczną wizję rozpadu człowieka. Z przepotężnym studium psychologicznym bohaterki, blisko poziomu Silent Hill 2, o którym pisałem parę tygodni temu przy okazji czwartej odsłony gier kultowych. Tekst znajdziecie pod tym adresem. Mimo skrajnie zadowolonego tonu powyższego tekstu to rzecz naprawdę niezwykle dołująca. Więc przed zabraniem się za tą grę naprawdę polecam się poważnie zastanowić. Szczególnie osobom ze słabszą psychiczną odpornością na ciężką tematykę i pozbawione złudzeń historie.

Technicznie nie napotkałem żadnych większych problemów, żadnych glitchów, żadnych problemów z klatkami. Wspaniale oświetlona, lub też nieoświetlona pozycja ze świetnie wykorzystanymi możliwościami silnika graficznego i idealnie dopasowanym audio. Dawno nic mnie tak mile w uszy nie połechtało. To pozycja obowiązkowa dla miłośników psychologicznych horrorów z mocnym dramatycznym zacięciem i jasną fabułą. Fabułą, która ma znacznie większe znaczenie niż samo straszenie. A samo straszenie straszy bardziej wewnętrznie i psychicznie niż dosłownie. To brutalne i bezlitosne doświadczenie koniec końców. I cholernie satysfakcjonujące. To z pewnością nie jest gra roku, ale z pewnością jest to doświadczenie roku póki co. Nie oczekuję większych zmian na tym polu.

I do zobaczenia niedługo, dzięki!
8/10.