American Horror Story – dekonstrukcja

American Horror Story to seria, która blisko dekadę temu mnie rozpalała do czerwoności. Doskonale reklamowana, szczera i naprawdę doskonale napisana antologia grozy. Przynajmniej na początku. Z biegiem czasu i kolejnymi odsłonami jakość zaczęła spadać, a kolejne odsłony pozostawiały sporo do życzenia. To z jednej strony naturalna kolej rzeczy, niewiele serii potrafi utrzymać wysoki poziom przez cały okres nadawania. Niestety tutaj spadek poziomu naprawdę bardzo bolał. Jak już wspominałem w poprzednim poście – jeżeli chodzi o medium horroru, to jestem bezlitosny.

Obok anime i klasycznej radzieckiej i japońskiej kinematografii horror jest moją specjalnością. Ostatnia dekada to natomiast złoty okres dla horroru. Nigdy wcześniej ten gatunek nie cieszył się taką popularnością i nigdy nie był tak poważany wśród krytyków. Żyjemy w czasach, gdzie horror artystyczny urósł do rangi sztuki wysokiej, a sale kinowe są wypełnione po brzegi. Żyjemy też w czasach renesansu telewizji, więc czemu nie tworzyć seriali grozy? No niestety tutaj rzecz się prezentuje znacznie gorzej. Telewizja jest zdominowana przez kolejne seriale o zombie lub inne mroczne fantasy, a samej grozy jest bardzo mało. I choć zmienia się to na lepsze, to jednak wciąż sporo brakuje, przede wszystkim jakościowo. Seria Ryana Murphyego i Brada Falchuka ma już 9 sezonów i końca nie widać. American Horror Story ma się dobrze, choć niestety z jakością jest już dużo gorzej.

Zamysł twórców był wspaniały – zróbmy antologię horroru. Seria zadebiutowała w październiku 2011 roku zyskując od razu rzeszę oddanych fanów. Jak najbardziej zasłużenie, bo wprowadziła nową jakość do lekko zaśniedziałego nowum telewizyjnego horroru. Kolejnych 9 lat przyniosło łącznie 9 sezonów o których więcej napiszę poniżej. Trzeba mimo wszystko oddać sprawiedliwość – bez AHS nie byłoby wielu współczesnych seriali grozy. No i po kilkuletniej zadyszce całość zdaje się w końcu wracać na dobre tory. 10, 11, 12 i 13 (!!!) sezon zostały niedawno potwierdzone, na dokładkę zbliża się spin-off, więc myślę, że można bezpiecznie założyć, że będzie tylko lepiej. Obym się nie przeliczył kolejny raz.

Wykorzystanie mniej lub bardziej tej samej obsady w większości sezonów było doskonałym zabiegiem. AHS to seria zawsze doskonale zagrana i przepięknie nakręcona. Znakiem rozpoznawczym uniwersum zawsze był klimat, czego pomimo słabych odsłon nie straciło. Mam dużo do zarzucenia, jednakże nie można pominąć rzeczy udanych i przepięknych. A całość naprawdę potrafi robić nieziemskie wrażenie. Ale żeby więcej nie przedłużać… zapraszam do bezspojlerowego tekstu.

American Horror Story

Nawiedzony dom to rzecz znana, lubiana i miliony razy ekranizowana. To także jeden z najbardziej wdzięcznych tematów, jeśli jest dobrze zrobiony. Oryginalny sezon franczyzy to też jeden z najlepszych i prawdziwie przerażających sezonów. 12 odcinków pełnych klasycznie podanej grozy, gdzie właściwymi bohaterami nie są ofiary, a sam dom i jego ukryci mieszkańcy. Groza podawana niczym wykwintne danie smakuje najlepiej. To te rzadkie momenty, gdy horror urasta do rangi sztuki i zadowala nawet najbardziej wymagających krytyków. Twórcy zaprosili do serialu znakomitych aktorów z dwukrotną zdobywczynią Oscara Jessicą Lange na czele. I był to wybór znakomity, gdyż cała produkcja poza klimatem stoi na wybitnym aktorstwie. Atmosfera osaczenia i niepokoju jest cudownie zagrana i przepięknie nakręcona. A muzyka i wspaniałe udźwiękowienie są wisienką na torcie. A należy pamiętać, że fabularnie to nie jest żaden odkrywca nowych horyzontów…

Ale nie o to chodziło, to serial oparty o klasyczne opowieści grozy. I czerpie z nich garściami. Do starego domostwa wprowadza się rodzina Harmonów. Była wiolonczelistka Vivien, kryta niedawno poroniła, jej mąż Ben, który jest psychologiem i zdradził ją z jedną ze studentek i ich córka Violet, która ma tendencje do samookaleczania się i depresję. Dom oczywiście w promocyjnej cenie, wiadomo, liczne morderstwa. Niepokojąco miła sąsiadka Constance z córką chorą na zespół downa często się zjawia na ganku bez zapowiedzi, a nowy pacjent Bena, Tate, wyraźnie wpada w oko córce. A daleko mu do bycia normalnym.

Nic odkrywczego, to prawda, ale zrobione z wyczuciem. Cytując klasyka: W miejscu brutalnego mordu rodzi się klątwa. Bardzo tak. To rzecz mroczna, z mocnym psychologicznym rysem i rodzinną dramą będącą motywem napędowym sezonu. Tutaj straszą przede wszystkim wewnętrzne demony, które jedynie podsycają nienawiść domu i jego mieszkańców. Jest tutaj miejsce na zemstę, pogardę i wszystko, co w ludziach najgorsze, bo duchy nie opuszczają miejsca swojej kaźni. Nigdy.

American Horror Story: Asylum

Najwybitniejszy i najbardziej przerażający ze wszystkich sezonów antologii. Mroczny i niepokojący horror psychologiczny z dodatkami. I obok aktorów z pierwszej serii debiutuje tutaj cudowny Joseph Fiennes, który swoim demonizmem straszy bardziej niż niejeden horror. Bo tutaj nie ma specjalnie rzeczy nadprzyrodzonych, tutaj dominuje terror silniejszych nad słabszymi. Terror psychopatycznego personelu szpitala psychiatrycznego prowadzonego, a jakże, przez księdza i zakonnice. A dzieje się tam sporo, wystarczy dodać, że lekarz grany przez Jamesa Cromwella to… były esesman i nazista do szpiku kości. Nie brakuje tutaj więc brutalnych eksperymentów, totalnej pogardy dla drugiego człowieka i demonizmu kryjącego się w każdym z nas. Ten sezon dostał 16(!!) nominacji do nagrody Emmy. Jak najbardziej zasłużenie, bo to dzieło sztuki i arcydzieło.

To stanowczo także najcięższa i najbardziej nieprzyjemna z odsłon. Wyjątkowo brutalna i bardzo obrazowa przemoc, zaskakujący seks i sugestywny, oślizgły klimat robią robotę. Jak wspomniałem, nie brak w nim tortur od elektrowstrząsów, przez wstrzykiwanie gruźlicy i syfilisu w celu, a jakże, stworzenia ludzi odpornych, aż na aplikowaniu sond analnych. Dziwactwa są tutaj na porządku dziennym, ale to szpital psychiatryczny, więc czy aby na pewno wszystko jest prawdziwe? Twórcy bez przerwy igrają z widzami, toteż nigdy nie można jasno stwierdzić co jest prawdziwe, a co nie. Duchy? UFO? Psychopatyczne zakonnice, czy nawiedzony posąg Maryi?

Wszystkim się dostaje, niezależnie od tego kim są. To wyjątkowo anty-katolicka odsłona, która często atakuje i nie zostawia suchej nitki. Rzecz niezwykle nieprzyjemna i nie biorąca jeńców. Albo kupisz konwencję, albo się odbijesz. Ten psychoaktywny horror na sterydach to jeden z najlepiej napisanych horrorów w historii i niezależnie od tego jak antologia mogłaby upaść, to ta odsłona ją unieśmiertelniła. Dzieło wybitne pod każdym względem.

American Horror Story: Coven

Czarownice z Salem to temat nieśmiertelny w Stanach Zjednoczonych, toteż w ostatnim bardzo dobrym sezonie antologii twórcy postanowili się rozliczyć z czarownicami. I to w sposób niezwykły i bardzo plastyczny, choć sam horror odszedł tutaj w tło na rzecz sugestywnego dark fantasy. Obok znanych twarzy z poprzednich sezonów do obsady dołączyła cudowna zdobywczyni Oscara, Katy Bates. Tym razem na tapetę bierzemy Nowy Orlean i… szkołę dla czarownic. Oczywiście biorąc pod uwagę lokację – także voodoo i jego wyznawcy, przeciwnicy czarownic, odgrywają tutaj znaczącą rolę. To odsłona pełna silnych i odważnych kobiet, które walczą zarówno o siebie, jak i między sobą. To sezon pełen magii i klasycznych wierzeń, jednakże pozbawiony lekkości na rzecz powagi i budowania ciężkiego klimatu. Nie brakuje w nim intryg, knucia, mordów, zdrad i przemocy.

Tutaj po raz kolejny obrywa się katolikom, choć krytycyzm nie jest jednostronny, bo i drugiej stronie się dostaje. Ciekawym zabiegiem jest wytknięcie fundamentalizmu i skrajności każdej z frakcji i dosyć dosłowne nazywanie rzeczy po imieniu. Ten sezon jest wspaniale nakręcony w kolorach sepii i muzycznie to jeden z najbardziej lirycznych i delikatnych dźwięków w całej antologii. Aktorsko to potęga i perfekcyjnie zagrany przez obsadę, która niezwykle sugestywnie oddała portrety swoich postaci. Od młodych uczennic szkoły magii, przez ich dyrektorkę na wyznawczyniach voodoo kończąc. I piękna Kathy Bates, która tutaj kradnie każdą scenę wprowadzając zamęt i wpływając na wydarzenia. Jest po prostu najlepszą sobą.

Niestety ten sezon złapał sporą zadyszkę i mimo bycia całościowo bardzo dobrym zwiastował pewne problemy. Przede wszystkim pacing i opowiadanie historii bywa chaotyczne i mocno niezrozumiałe, to jednak jest na tyle dobrze poprowadzony, że finalnie jest niezwykle satysfakcjonujący. To niestety ostatni tak udany z sezonów. Później było już tylko gorzej.

American Horror Story: Freak Show

Body horror to coś, co bardzo lubię, jednakże nie jest to specjalnie często dotykana tematyka w kinie grozy, szczególnie jeżeli chodzi o cyrk dziwadeł. Ta odsłona miała wszystko żeby się udać, doskonałą obsadę, niezły pomysł i odpowiednie fundusze. A jednak coś poszło nie tak. To odsłona pełna zmarnowanego potencjału aż boli. Niewiele jest produkcji, które poruszały tą tematykę w sposób dosadny i otwarty, więc była duża szansa, żeby oddać sprawiedliwość. Niestety całość powieliła błędy poprzedniej odsłony potęgując je jeszcze bardziej. Chaos inscenizacyjny, pisarski i wszechobecne dziury fabularne skutecznie zabiły ten skądinąd świetny pomysł. Widać wyraźnie, że wszyscy się świetnie bawili na planie, szkoda, że ten pozytywny humor nie przełożył się na jakość. Ostatecznie wyszła z tego przedziwna mieszanka mrocznego dramatu, niezamierzonej komedii i jednego z najbardziej porąbanych i bezsensownych finałów w historii seriali.

Fabularnie to najzwyczajniej w świecie kek. Zero sensownej ciągłości, wrzucanie co chwilę nowych bohaterów tylko po to, żeby ich ubić w barwny sposób niedługo później, brak konsekwencji i zasadnicze nastawienie widza na to, że finał ma być wielką rzezią. Wielka szkoda, że całość jest tak stłamszona przez fanserwis i zwyczajną… nudę. A nie ma większego grzechu od nudy w horrorze. Wiele niedociągnięć można puścić płazem jeżeli całość jest angażująca i ciekawa. Gorzej kiedy mamy do czynienia ze wspaniale nakręconą i zagraną papką dla najbardziej zagorzałych fanów. Ciężko mi sobie wyobrazić, żeby ktokolwiek inny mógł czerpać z tego przyjemność.

Najbardziej mi tutaj jednak szkoda zmarnowanego potencjału i obsady, która się stara, dwoi i troi, żeby nadać bohaterom choć trochę barw i życia. Oto jak nie powinno się podchodzić do tej dosyć delikatnej i wymagającej tematyki. Body horror w świecie cyrku dziwadeł zasługiwał na dużo więcej niż nudne kino wyjątkowo obrazowej przemocy bez ładu i składu. Bo tak, to bardzo brutalna rzecz. I naprawdę cudownie wygląda. Tym większa szkoda.

American Horror Story: Hotel

Nawiedzony hotel, kolejny wdzięczny, znany i kochany typ horroru. Z tym sezonem też mam największy problem w jednoznacznej ocenie, to stanowczo najlepszy z najgorszych sezonów AHS. Rzecz o hotelu, seryjnych mordercach i sporej ilości miłości do klasycznego kina. No i debiutuje tutaj najwspanialsza Lady Gaga. Najprościej tutaj pokusić się o stwierdzenie, że to przerost formy nad treścią. I to jest jak najbardziej adekwatne stwierdzenie. Ta część prezentuje się nieziemsko od strony technicznej przy minimum wysiłku w jakąkolwiek oryginalność opowiadanej historii. To jedyna odsłona serialu w której tą zależność kupuję całkowicie i bez żadnych pytań. Koniec końców kocham, gdy estetyka zamienia się odrębną formę sztuki oglądanego obrazu. Całość to apogeum ekstatycznej miłości do formy, z genialnym, cudownym soundtrackiem pełnym alternatywy i gotyckiej zimnej fali z lat 80. Lady Gaga jest sobą, neonowym demonem, wcieleniem całkowitej manii i seksu.

Przy tych wszystkich fajerwerkach jest naprawdę ciężko stwierdzić o czym dokładnie opowiada AHS: Hotel. To stanowczo bardzo kiepskiej jakości kryminał o tropieniu seryjnego mordercy, to także dziwaczny horror o nawiedzonym hotelu i jego mieszkańcach, to po części także kino nieme i noir. Szczególnie w przepięknych retrospekcjach. Podtytuł tego sezonu oczywiście nasuwa oczywiste skojarzenia z Lśnieniem. I owszem, styl kręcenia, podłużne kadry i długie najazdy kamery przypominają produkcję Stanleya Kubricka. Wątki poboczne zabierają produkcji najwięcej czasu, a czego tu nie mamy, duchy morderców, gwiazdy porno, aktorzy i wyższa klasa ludzi i nie tylko. Historia sama w sobie jest pusta i kompletnie nieangażująca i stoi w zasadzie nas kolorowej galerii świetnych bohaterów. I przede wszystkim nie nudzi, chociaż mocno konfunduje ze względu na kompletny chaos pisarski. Z drugiej strony nie ma sensu głębsze spojrzenie na fabułę, bo wszystkie jej płycizny wyjdą na powierzchnię. Nie wspominając o dziurach fabularnych.

Z tą częścią należy się obchodzić jak sztuką dla sztuki, gdzie forma jest najważniejsza.

American Horror Story: Roanoke

Ta część dla odmiany leży na praktycznie każdym polu. Stylizowana po części na fabularyzowany dokument historia rodziny Millerów, którzy kupili opuszczoną rezydencję na pustkowiu przelicytowując rodzinę Polków z sąsiedztwa. Oczywiście wkrótce po wprowadzeniu zaczynają ich dręczyć dziwne zdarzenia o które początkowo oskarżają sąsiadów. Całość mimo wszystko zaczyna się wybuchowo dając nadzieję na świetny kawał horroru i inteligentnego kina. Niestety wszystko pali na panewce przez brak zdecydowania twórców co chcą pokazać. Mamy tutaj spuściznę gotyckiego horroru wymieszaną z nadprzyrodzonym thrillerem, na slasherze kończąc. I choć prostota historii działa tutaj na jej korzyść, to wykonanie i jej przedstawienie niestety nie działają. To po prostu straszliwie przekombinowana rzecz, która naprawdę potrafi wynudzić. Szczególnie, że to najbardziej oszczędny w formie sezon. Zawodzi przede wszystkim na budowaniu klimatu i spójności, a to ciężkie grzechy podczas tworzenia horroru.

Obsada niestety nie była w stanie pomóc, niepotrzebne obsadzanie aktorów w podwójnych a nawet potrójnych rolach plus strasznie bezosobowy lead traci cały impet znakomitego początku. Koniec końców więc otrzymujemy jeden z najsłabszych sezonów antologii. Oszczędna forma w połączeniu z prostą historią, która jakimś cudem robi wrażenie strasznie pogmatwanej nie zadziałało tak jak twórcy zamierzali. To też jeden z najmniej faktycznie przerażających sezonów, który w założeniu miał być budowany na tworzeniu ciężkiego klimatu. To oczywiście rzecz pięknie nakręcona, jak zwykle dobrze zagrana z przepięknym soundtrackiem. Ale to tym razem nie wystarcza, nawet słabiutkie Freak Show radzi sobie lepiej jako całość, a szkoda, bo początek naprawdę dawał spore nadzieje. 6 sezon okazał się najsłabszym i najbardziej bezosobowym z dotychczasowych. Stracił na braku oryginalności, duszy, oraz grając na symbolice i nietrafionym stylu. Wielka szkoda.

American Horror Story: Cult

Oto najbardziej realistyczna odsłona całej serii. Do tego niesamowicie pełna polityki i demonów kryjących się pośród ludzi. Jak sam tytuł wskazuje to rzecz o sekcie i jej przywódcy. To także strasznie przekombinowana i niezwykle poprawna politycznie odsłona, co stawia ją najniżej ze wszystkich jakie wyszły dotychczas. Wyraźnie widać, że jednoczesna praca Murphy’ego przy skądinąd wybitnym American Crime Story nie wyszła na dobre. Tak okropnie nudnej części nie było. Zmarnowane świetnego pomysłu na swoistą odpowiedź grozy w klimatach House of Cards zasługuje na srogie baty. Szczególnie, że to najbardziej spójny fabularnie sezon od czasów AHS: Coven. Ta część straszy przede wszystkim polityką i… klaunami. I czasem o dziwo potrafi przerazić, szkoda, że całość jest tak bardzo upolityczniona i nijaka, szczególnie biorąc pod uwagę WYBITNE aktorstwo. Sarah Paulson i Evan Peters odwalają tutaj życiówki.

Całość się rozpoczyna w dniu wygranych wyborów na prezydenta USA przez Donalda Trumpa. Twórcy wyraźnie pokazują po której stronie politycznej się opowiadają i tym samym skazują ten sezon na porażkę, a zgadzam się z ich punktem widzenia. Niestety wszystko tutaj jest o wiele bardziej czarno-białe i prostolinijne niż można się było spodziewać. Mamy powalonego przywódcę sekty na drodze do całkowitej władzy, mamy małżeństwo lesbijek wychowujące syna przerażone zwycięstwem Trumpa. Oparcie tej odsłony na kontrastach było świetnym pomysłem, niestety okrutnie zmarnowanym przez tanie szokowanie i niezrozumiałe decyzje bohaterów. Kolejnym grzechem jest zasadniczo pozostawienie połowy wątków bez jakiegoś sensownego zakończenia i wykorzystywanie sytuacji politycznej kraju w celu stworzenia jeszcze większego podziału wśród ludzi. No i przede wszystkim nuda, która tutaj osiągnęła apogeum w takim stopniu, że nawet genialne aktorstwo nie pomaga.

Najlepszymi fragmentami tego sezonu są retrospekcje i granie z medium horroru. Są duchy, jest sporo przemocy i oczywiście powracający w kolejnych sezonach klaun. To odsłona, która zawiodła najbardziej.

American Horror Story: Apocalypse

8 sezon to rzecz której największym minusem jest… ilość odcinków. Jest, wyjątkowo, stanowczo za krótki. To najsłabsza z tych dobrych osłon antologii, która znajduje się paradoksalnie niżej od AHS: Hotel, tej najlepszej ze słabych. I po kilku latach średniaków powrót na właściwe tory, choć wciąż sporo rzeczy tutaj nie zagrało, przede wszystkim płytkie zakończenie. Tym razem nie będę się specjalnie skupiać na fabule, bo to rzecz pełna wszelakich symboli i odniesień do Biblii. Pokrótce, mieszkańcy miasteczka dowiadują się, że za godzinę uderzy w nich bomba atomowa, co lepiej postawieni trafiają do placówki numer 3. Panują tam bardzo restrykcyjne i wymagające zasady. Ale czy aby na pewno? Może to wszystko to jedynie zmyłka, a sama apokalipsa jest czymś zupełnie innym? Tak oto zaczyna się cała historia, cała reszta to szarża na granicy dobrego smaku i zrozumienia z ilością wątków powodujących ból głowy, stąd też przydałoby się kilka ekstra odcinków.

To w końcu naprawdę angażująca i sprawiająca przyjemność odsłona, która jednak przegina z apokaliptyczną symboliką. Kicz i przegięcie mieszają się tutaj z grobową powagą i terrorem, a budowanie klimatu i historii jest oparte właśnie o skrajności. I to działa, chociaż mocno konfunduje i ma wyraźne problemy ze spójnością. Nie wspominając już o żałosnym zakończeniu, które w zasadzie rujnuje cały sezon stawiając go poniżej hotelowej odsłony antologii. To jednak rzecz, która daje tyleż samo frajdy co porządnej pisarskiej roboty. Dzieje się tutaj tyle, że trudno o jakąkolwiek nudę i narzekania. Klimat osaczenia i terroru jest budowany oszczędnie i z wyczuciem, choć zdarza się twórcom mocno przeginać, co czasem budzi uśmiech politowania. Mroczna i ciężka symbolika mimo swojej gimbaziarskiej płytkości robi robotę i doskonale wpisuje się w apokaliptyczną wymowę całości.

Aktorsko tutaj przoduje jednak tylko Evans, reszta sprawia wrażenie gry na autopilocie, choć w przypadku tej serii, to wciąż wyższa półka.

American Horror Story: 1984

Najnowsza z odsłon poszła za popularną obecnie modą na miłość do lat 80. Tutaj też większość stałych gwiazd poprzednich odsłon zrobiła sobie przerwę, co nie całkiem przypadło mi do gustu. Z drugiej strony na tapecie mamy pyszny slasher i mocne odmłodzenie obsady było jak najbardziej po drodze. Ta osłona także utrzymała tendencję zwyżkową zapoczątkowanej w poprzedniej odsłonie. To czysty hołd dla krwawych i głupich horrorów z lat 80 i całkowicie zdaje sobie z tego sprawę nie siląc się na zbędną powagę. To rzecz do bólu przewidywalna, campowa i zaiście przezabawna momentami. Największym plusem całości jest całkowite oddanie się epoce, włącznie ze stylem kręcenia, idiotycznymi dialogami i darciem ryja na potęgę. To niestety też pięta achillesowa całości, bo to najbardziej przewidywalna ze wszystkich odsłon. Przede wszystkim dla miłośników slasherów.

Ta osłona antologii sprawia wrażenie najbardziej świadomej czym jest od ładnych kilku lat. Niebezpiecznie balansuje na granicy samośmieszkowania a ultrakrwawym slaserem, który nie bierze jeńców. To nie tylko festiwal kiczu, ale też 9 odcinków czystej frajdy najeżonej easter eggami z całej historii tego gatunku. Czysta pulpa i poważna do pewnych granic zgrywa z klasyki wypruwania flaków na wszelkie możliwe sposoby. Całość to klisza klisz, grupka młodych ludzi przyjeżdża na obóz Redwood, który niegdyś padł łupem psychopatycznego mordercy. Chwilę później zaczynają ginąć kolejni obozowicze. Bardziej się już nie dało, wiem. I to największy skarb ten osłony, jest szczera i nie udaje czegoś czym nie jest. Jest drewniano, krwawo, głupio do potęgi i trzyma się obranej konwencji. I jakże cudownie wygląda i brzmi! To naprawdę bardzo dobra, choć schematyczna osłona serii.

Zapraszam do recenzji kolegi z redakcji pod tym adresem!

Co dalej z serią?

Jak wiemy czekają nas jeszcze przynajmniej 4 sezony. Ostatnie 2 odsłony w końcu wróciły na właściwe tory, co daje nadzieję na utrzymanie tendencji, niestety twórcy nie raz pokazali, że potrafią naprawdę zniszczyć świetne pomysły, nie wspominając już o tym, że owe pomysły nie są nielimitowane. Na szczęście konwencja antologii pomaga tutaj ogromnie, choć i tutaj twórcy nie grają do końca czysto. Nie dość, że wyraźnie dają znać, że to jedno duże uniwersum, to jeszcze nie znając poprzednich odsłon traci się połowę frajdy z oglądania. Antologie można oglądać na wyrywki bez znajomych poprzednich odsłon bez większych problemów, ale tutaj to nie do końca tak działa. Dla przykładu żeby całkowicie zrozumieć i czerpać pełną przyjemność z oglądania 8 sezonu wypada znać 1, 3 i 5 sezon. Całość sprawia wrażenie jednej historii, choć nie do końca tak jest. I tak dalej i tak dalej.

Ogólnie patrzę z nadzieją na przyszłe odsłony, bo pomysłów wciąż jest sporo, od ogranego tematu zombie, przez kino giallo na demonicznym czy futurystycznym horrorze kończąc. A tego jest dużo więcej. Pozostaje zaufać producentom i mieć nadzieję na porządne wykorzystanie idei, bo potencjał jest wciąż potężny. Czekają nas w końcu przynajmniej 4 lata nowych osłon, a biorąc pod uwagę, że to najpopularniejszy serial stacji FX można bezpiecznie założyć, że będzie ich więcej. Szczególnie, że oceny są z grubsza pozytywne i widownia spora. Choć osobiście jestem bardzo krytyczny względem całości nie jestem w stanie nie czekać, choć mając w pamięci mocną rozbieżność w jakości mam pewne obawy.

Chciałbym jednak się jeszcze spotkać z tą cudowną obsadą i przepiękną formą artystyczną całości, bo powiedzmy sobie szczerze, w American Horror Story chodzi przede wszystkim o formę, treść jest na drugim, a nawet dalszym miejscu. Należy też jednak pamiętać, że warto znać całość żeby czerpać z niej pełnię przyjemności.

All hail horror!

Dzięki!